Chłodne dni w Londynie, nawet w Ministerstwie Magii, gdzie podobno było całkiem niezłe ogrzewanie, nierozerwanie wiązało się z tym, że Sebastian wbijał się w najcieplejsze ciuchy, jakie miał na stanie. To był jeden z tych dni. Jakby tego było mało, przed paroma dniami nieco się zaziębił, a to skutecznie utrudniało mu codzienne funkcjonowanie. W końcu, jak wszyscy doskonale wiedzą, przeziębienie u dorosłego mężczyzny było niczym bilet w jedną stronę na tamten świat. A pomimo dosyć bliskiej relacji z zaświatami Macmillanowi zbytnio się nie spieszyło na spędzenie wieczności pośród dusz, którego pozałatwiały na ziemi wszystkie niedokończone sprawy.
Walka z chorobą nie była jednak łatwa. Mężczyzna przesunął swoje biurko pod sam grzejnik i siedział obecnie skulony na fotelu, okryty kocem i siorbiąc herbatę z cukrem, którą dostarczył mu z kafeterii jeden ze stażystów przyjętych niedawno do departamentu. Widmo nieuchronnej śmierci od podwyższonej temperatury i niedrożnego nosa zostało odsunięte w czasie. Chwilowo. Może jakoś dotrwam do końca zmiany, pomyślał z przejęciem, przerzucając kartki jednego z dokumentów, z którymi miał się dzisiaj zapoznać. Co mu po tym, że nie umrze z powodu choroby, jak nie zarobi na rachunki?
— He? — mruknął zdziwiony, podnosząc wzrok znad stolika na drzwi wejściowe. Przekrzywił głowę w bok, sądząc, że się przesłyszał. Czyżby ktoś pukał? A może gorączka znowu dawała o sobie znać? Na Merlina, trzeba było jednak iść przed pracą do św. Munga, zamiast zgrywać bohatera. Omamy to już nie żarty. — Co się...
Nie zdążył nawet dokończyć myśli, gdy w progu zauważył bujną czuprynę jakiejś młodej dziewczyny. Nachylił się w jej stronę, poprawiając okulary, jednak nie był w stanie dopasować nazwiska do twarzy. Czy to ktoś z góry? Dobra Matko, czyżby zesłali mu kontrolę w chwili największej słabości?! Wystawiasz moją wiarę na próbę, pomyślał niemrawo Sebastian. Gdyby mógł, to zapewne złożyłby ręce do modlitwy, jednak w tym wypadku ograniczył się do smętnego pociągnięcia nosem.
— Nie przypominam sobie, ale proszę wejść — mruknął, tłumiąc w zarodku głośne chrząknięcie. Odkaszlnął cicho, odwracając się na moment w bok. — Nazwisko? Pytam o nazwisko opętanego i Pani też. Tak dla jasności. — Westchnął ciężko i otworzył szufladkę z ostatnimi sprawami, które trafił do jego klitki. — Szalony, chory i przebiegły, tak? Mam wrażenie, jakby już to gdzieś słyszał.
Uśmiechnął się do siebie krzywo. W większości zgłoszeń występowało jedno z tych słów. Czasami nawet klienci dorzucali parę wymyślnych synonimów ze słownika wyrazów bliskoznacznych, co by treść ich listu lepiej wybrzmiała. Szkoda tylko, że rzadko kiedy wysyłali przy okazji dokumentację medyczną wraz z opinią psychologa lub psychiatry o stanie psychicznym danego pacjenta. Wtedy nie trzeba było odkładać konsultacji egzorcystycznej na kilka dni lub tygodni.
— Aha, chyba coś mam. Nazwisko Rose, tak? Albo Ross. — Zmarszczył brwi, przyglądając się karteczce i zapoznając się ze szczegółami. — Widzę, że odbył jakąś konsultację, według Pani doniesień, ale nie poszła zbyt owocnie. Czy podjęto kolejną próbę kontaktu z lekarzem? — Uniósł wzrok na Brennę. — I rozumiem, że to nie może zbyt długo czekać?
Naciągnął koc mocniej na ramiona, przyglądając się uważnie kobiecie, która go odwiedziła. Miał wrażenie, że nie przyszła tutaj po prostu spytać o opinię. Widział to w jej posturze. Młoda, pełna energii... Ugh. Raczej nie była z tych, co preferowali pracę za biurkiem pośród archiwalnych dokumentów Ministerstwa Magii.