Nowa wystawa dzieł sztuki w londyńskim muzeum zdecydowanie była wydarzeniem, które przykuwało uwagę pewnych kręgów. Ciekawscy, turyści, krytycy, patroni z poważanych i majętnych rodów, dziennikarze piszący drobny artykuł na piątą stronę najbliższego wydania Proroka Codziennego; kręciło się tu sporo ludzi i każdy zapewne mógł znaleźć tu coś dla siebie, aby zająć nieco czasu. Niektórzy przystawali przy obrazach i zamkniętych za szkłem artefaktach na całe kwadransy, chłonąc widoki, podczas gdy inni przemykali od sali do sali, od ściany do ściany, rzucając coraz to bardziej wymyślnym eksponatom niewzruszone spojrzenia. Sebastian był gdzieś pomiędzy i, prawdę mówiąc, nie do końca potrafił się tu odnaleźć. Za dużo tu było ludzi.
Zaproszenie dostał przede wszystkim przez swoje pochodzenie. Nazwisko Macmillan dla wielu członków magicznej społeczności kojarzyło się przede wszystkim z sabatami lokalnego kowenu, jednak byli też ci, którzy byli w pełni świadomi tego, że rodzina ma dosyć mocne powiązania ze światem duchów i to na różnych poziomach. Jedną z tych osób musiał być ktoś powiązany z tą wystawą, skoro zdecydował się wysłać pachnącą kopertę do egzorcysty Ministerstwa Magii.
Mężczyzna czekał, aż grupa odwiedzających zejdzie mu z drogi, aby mógł dostać się do równoległej ściany, co by przyjrzeć się barwnemu obrazowi, który przedstawiał wiejski krajobraz. Niestety, grupka ta była całkiem spora. Sebastian zaczął się wachlować rąbkiem przerzuconego przez szyję szalika. W porównaniu z innymi gośćmi ubrał się ponadprzeciętnie grubo, jednak był z niego taki ciepłolub, że nie miał zamiaru narzekać na to, że powoli się pocił. Oprócz tego miał na sobie jeszcze średniej grubości szary golf i ciemny, rozpięty płaszcz ze srebrnymi guzikami. Nieco zniecierpliwiony, postanowił przestać czekać i ruszył do przodu. I to był błąd.
— Ugh — stęknął cicho, gdy uderzyła w niego nieznajoma sylwetka kobiety mniej więcej jego wzrostu. Cofnął się automatycznie, rozmasowując ramię. — Oh, nie, nie. Proszę nie przepraszać. Nic się nie stało — zapewnił suchym głosem, kłaniając się lekko przed kobietą. —To moja wina. Mogłem poczekać, aż wszyscy przyjdą.
Podążył niespiesznie wzrokiem w kierunku plakatu. Faktycznie nie jest taki zły, stwierdził, zwracając uwagę przede wszystkim na zarysowane na płótnie białe punkciki, które zapewne miały reprezentować gwiazdy. Przesunął się nieco w bok, co by dzięki temu zagospodarować im chociaż trochę wolnego miejsca, pośród wędrującego z jednego kąta w drugi tłumku.
— Sebastian. Ekhm, miło cię poznać Pandoro. — Uciekł wzrokiem w bok. Nie przepadał za spotkaniami towarzyskimi, nawet jeśli te liczyły cztery do pięciu osób, nie mówiąc o takiej chmarze czarodziejów i czarownic w jednym miejscu. Straszne. — Często tu przychodzisz? — spytał niemrawo, czując, że nie powinien ot tak kończyć konwersacji. Skoro już tu przybył, wypadałoby zamienić parę słów z kimkolwiek. Nawet jeśli był to ktoś zupełnie obcy. Zamrugał, gdy zdał sobie sprawę, jak żałośnie zabrzmiało jego pytanie. — Oh, to znaczy... Miałem na myśli, czy często przychodzisz na wystawy. Nie czy często przychodzisz do tego konkretnego muzeum. To dosyć hmm... duża wystawa.
Na jego twarzy wykwitł lekki rumieniec, co sprawiło, że Macmillan ponownie zaczął wachlować się szalikiem. W duchu modlił się Matki i innych znanych mu bóstw, co by jego zaróżowione policzki nie były uznane za oznakę zażenowania, a po prostu zbyt grubego odzienia.