Victoria nie miała bliźniaka ani bliźniaczki. Miała młodszą siostrę, która była właśnie na pierwszym roku w Hogwarcie, ale… nie było się co oszukiwać, choć z młodą Olivią łączyły ją więzy krwi i w pewnym sensie była jej słabością, to Cynthię znała dłużej. Lepiej. Miały ze sobą więcej wspólnego, niż z dziewczynką o piętnaście lat młodszą, która większość swojego życia bawiła się zabawkami i uczyła podstaw (musztrowana przez Isabellę Lestrange dokładnie tak samo jak Victoria w jej wieku). Może kiedyś, gdy Olivia dorośnie i dojrzeje, to będą miały więcej wspólnych tematów, ale teraz…? Teraz nie. Prawdą było jednak, że Cynthia była dla Victorii jak siostra, i było to uczucie obustronne.
Rzecz jasna, kiedy mówiła, że „nie musiała, ale chciała”, chodziło jej o prezent urodzinowy dla Cynthii, nie o to, że chciała się przelecieć powozem – bo tego nie chciała. Nie chciała, ale ta racjonalna część jej psychiki mówiła jej wyraźnie, że to najlepszy sposób, by szybko dostać się do celu z Saurielem, który po pierwsze nie potrafi się teleportować, a po drugie jest wampirem i odpada podróżowanie w dzień jakimś pociągiem. Znaczy mieli kilka różnych opcji, ale ta była najszybsza do zorganizowania, ot po prostu.
- Wiem – przyznała przyjaciółce, bo rzecz jasna chodziło o dobranie prezentu, który będzie pasował do Cynthii, ale który będzie jej się podobał. Nie chodziło przecież o to, by podobał się Victorii (chociaż rzecz jasna jej się podobał). Cieszyła się jednak, że taką drobnostką (przynajmniej dla niej, wszak nie ograniczał ją żaden budżet i mogła sobie pozwolić na naprawę wiele) sprawiła Cynie przyjemność – taką, która wyciągała z niej te delikatne emocje, tak dawno pogrzebane. Victoria zamilkła na dłuższą chwilę, nie chcąc przeszkadzać blondynce w momencie, który dla siebie złapała.
Stwierdzenie i jednoczesne pytanie Cynthii spowodowało westchnienie Victorii. Była bliska wywrócenia oczami i rozmasowania sobie skroni – na westchnięciu się jednak skończyło. Sięgnęła ponownie po kieliszek, umoczyła w nim usta i odezwała się dopiero, gdy go z cichym stuknięciem odłożyła.
- Nie był – odpowiedziała cierpko. Nie była pewna co Flint sobie wyobrażała i dopowiadała, ale większości tego, co się działo przez dwa dni nie mogła jej opowiedzieć – tajemnica aurorów i informatora, którym był Sauriel przy tej sprawie. Zabrała go ze sobą, bo potrzebowała pomocy, a on i tak już był w to zamieszany – nie było w tym żadnej romantycznej wyprawy tylko we dwoje. Znaczy byli we dwoje, ale nie z personalnych pobudek. - Nie dowiedziałam się niczego sensownego, a po drodze się tylko wkurwiłam – i to wcale nie przez stres związany z samym lotem tam i z powrotem.
- Nie jestem w pozycji, by powiedzieć nie – może i Lestrange byli rodem dużym, wpływowym i bogatym, a może właśnie z tego powodu – Victoria nie miała dużo do gadania. Jasne, sama sporo zarabiała, nie była od nich zależna finansowo… Ale wiedziała cholernie dobrze, że gdyby się sprzeciwiła, to jej matka byłaby trudnym przeciwnikiem. Ojciec może machnąłby ręką, ale nie Isabelle. Zrobiłaby wiele, by uprzykrzyć jej życie, zepsułaby wszystko, na co Victoria sama pracowała. Tori nie miała więc odwagi się nie zgodzić, a Sauriel… Sauriel był w takim miejscu w swoim życiu, że też się nie sprzeciwi. Już raz poniósł za to karę, zapłacił najwyższą cenę i teraz… teraz miał chyba do stracenia jeszcze więcej. Albo po prostu się bał. Albo nie miał motywacji, żeby się postawić. Albo wszystko na raz. - Natomiast w porównaniu do Drake’a, z nim nawet miło spędza się czas. O ile nagle nie wpada w ten swój obrażony na wszystko i wszystkich nastrój i zaczyna warczeć – początki jakie miała z Saurielem były trudne. Napięte. Nowy rok zepsuł jej tak mocno, że zawinęła się z restauracji jeszcze przed północą, nawet się z nim nie żegnając, a później odmawiała spotkań przez kolejne półtorej miesiąca – to mówiło wiele jak źle pomiędzy nimi wtedy było. Ale później… jakoś się dogadali. I od tamtego czasu to była obustronna praca, żeby jakoś to szło do przodu, a nie w tył.
- Tak, powiedział mi to wprost. Że nie lubi dopuszczać do siebie ludzi. Przestał mnie odtrącać, ale to nie jest proste. Dwa kroki do przodu, jeden do tyłu – potwierdziła Cynthii, bo jednak rozmawiała z Rookwoodem. Jakoś układali te klocki ich przedziwnej relacji. - Nie pamiętam go ze szkoły – powiedziała z przekąsem. Nie wiedziała więc, czy dziewczyny się za nim oglądały czy nie – a jeśli tak, no to cóż? Owszem, miał aparycję miłą dla oka, to musiała przyznać. Zbyt miłą. A Rookwood to wykorzystywał – i to też niestety wiedziała, bo widziała to na własne oczy. - Nie powinnam się przejmować? – w jej głosie słychać było pewną gorycz i niepewność. Ale głównie gorycz. - Byłam z nim wczoraj i dzisiaj, mieliśmy coś do załatwienia – powiedziała w końcu. - Pomijam już samą nieprzyjemność z lotu, ale abraksan w którymś momencie stwierdził, że ląduje bo będzie padać i zerwała się taka ulewa… Na szczęście niedaleko był dom i to czarodziejów, więc nas ugościli. I wyobraź sobie, że Rookwood miał taki tupet, że na moich oczach flirtował sobie z córką gospodarza, która równie bezczelnie i jednoznacznie zaprosiła go do siebie na noc – Tori uśmiechnęła się sarkastycznie i zmarszczyła czoło. Jakoś wyobrażała sobie, że nie będzie wykręcał takich numerów, kiedy była tuż obok, no ale – pomyliła się najwyraźniej. A że było to na świeżo, to nadal była wkurzona. - Do niczego nie doszło, ale wiesz, sam fakt – doprecyzowała i założyła ręce na piersi. - Och… - to pytanie było tak nagłe i bezpośrednie, że zaskoczyło Lestrange, która uniosła spojrzenie na Cynthię i nawet te zmarszczone czoło jej się trochę wygładziło. - Nie wydaje mi się. Po prostu go lubię – było chyba zbyt szybko na takie deklaracje. A ich relacja i okoliczności – zbyt trudne. I zbyt krótko się znali. Dopiero niedawno zaczęli się lepiej dogadywać.