31.05.2023, 01:41 ✶
Świeże powietrze łagodziło objawy nieszczęśliwie mocno odczuwanego zakochania; spoconych dłoni i motyli w brzuchu podbudowanych strachem, który niespodziewanie przyniósł też ekscytacje. Zaciągnął się cygaretką po raz ostatni i wypuścił dym za okno. Zetknął się przy tym łokciem z przyjacielem, rękaw, wcześniej ubrudzony krwią spod nosa, teraz zaschniętą na ciemnym materiale, w świetle ulicznych lamp wydawał się bardziej bordowy niż czarny. Zgniótł niedopałek w dłoni, nie zważając na rozżarzony popiół na jego końcu, ten wydał z siebie ostatni szelest zanim Oleander wyrzucił go na pastwę nokturnu centralnego Londynu. Jego własne ciało było tak rozgrzane i roztrzęsione, mimo ogromnej chęci kontroli emocji i całości swoich zachowań, że nie wyczuwał znajomego ciepła drugiej osoby, nawet gdy znaleźli się tak blisko siebie; mógł jedynie polegać na empatycznym zmyśle, na komforcie zaspokojenia chęci bliskości. Zwalczył chęć oparcia głowy na jego ramieniu.
Byli swoimi przeciwieństwami. W wyrażaniu emocji, w ekspresji twarzy, kolorze oczu, włosów, ubrań. Ale czy przeciwieństwa się nie przeciągają? Jedyne co mogło zdradzić ich pozorne podobieństwo do siebie to głębie w spojrzeniu, choć nawet one wydawały się kontrastować. Jasne oczy Desmonda wydawały się lodową pustynią, gdy pożar w tych Oleandra przypominał ognie Beltane; obydwa żywioły parzyły, pozostawiały skórę piekącą.
– Zadałeś pytanie i dostałeś odpowiedź – odparł enigmatycznie i rozciągnął usta w figlarnym uśmiechu, czego zaraz pożałował, bo zmniejszony poziom adrenaliny pozwolił odczuwać więcej bólu w twarzy. Przesunął językiem po zębach, wciąż czując na języku metaliczny posmak krwi, mimo że starał się zapić go winem i wypalić tytoniem z przyprawami.
– Teraz moja kolej. – nie odsunął się, ale również niespecjalnie poruszył. Roztrzęsienie ciała zdołało zelżeć do minimum, więc czuł miarowe oddechy blondyna. Wydawał się spokojny, ale krok, jakim podszedł do okna był zbyt pewny siebie, zbyt rozpędzony, aby Oleander uznał, że wewnątrz był tak samo znudzony, jak przybrany wyraz twarzy.
– Czy ukrywałeś przede mną coś poza obrazami?
Byli swoimi przeciwieństwami. W wyrażaniu emocji, w ekspresji twarzy, kolorze oczu, włosów, ubrań. Ale czy przeciwieństwa się nie przeciągają? Jedyne co mogło zdradzić ich pozorne podobieństwo do siebie to głębie w spojrzeniu, choć nawet one wydawały się kontrastować. Jasne oczy Desmonda wydawały się lodową pustynią, gdy pożar w tych Oleandra przypominał ognie Beltane; obydwa żywioły parzyły, pozostawiały skórę piekącą.
– Zadałeś pytanie i dostałeś odpowiedź – odparł enigmatycznie i rozciągnął usta w figlarnym uśmiechu, czego zaraz pożałował, bo zmniejszony poziom adrenaliny pozwolił odczuwać więcej bólu w twarzy. Przesunął językiem po zębach, wciąż czując na języku metaliczny posmak krwi, mimo że starał się zapić go winem i wypalić tytoniem z przyprawami.
– Teraz moja kolej. – nie odsunął się, ale również niespecjalnie poruszył. Roztrzęsienie ciała zdołało zelżeć do minimum, więc czuł miarowe oddechy blondyna. Wydawał się spokojny, ale krok, jakim podszedł do okna był zbyt pewny siebie, zbyt rozpędzony, aby Oleander uznał, że wewnątrz był tak samo znudzony, jak przybrany wyraz twarzy.
– Czy ukrywałeś przede mną coś poza obrazami?
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦