31.05.2023, 04:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.08.2023, 16:31 przez Oleander Crouch.)
Zaproszenie od Bellatrix go nie zaskoczyło, choć na pewno zadowoliło. Przygotowania do Yule w rodzinnej posiadłości doprowadzały go do szaleństwa, nawet jeżeli nie musiał aktywnie brać w nich udziału. Wychodził ze swoich pokojów co pare godzin, aby wyjadać gotowane przez skrzaty jedzenie. Kradł ogromne ilości alkoholu, aby przygotować się na wszystkie rozmowy z ciotkami, babciami, wujkami, kuzynami, kuzynkami, które matka będzie kazała mu odbyć. Oczywiście, że był czarujący, oczywiście, że nie miała mu nic do zarzucenia... Ale czasami bycie idealnym zwyczajnie męczyło. Lubił wyrwać się ze schematu, narobić hałasu i kłopotow, które ostatnio stawały się bardzo drastyczne i agresywne w swoich skutkach.
Cóż, musiał się przecież gdzieś wyszaleć, prawda?
'Boys will be boys.'
Nawet w sprawie wyjścia do Panny Black matka musiała wtrącić swoje pare knutów, głównie w kontekście ubioru syna. Elegancka marynarka była dla niego zbyt prosta, nudna, wolałby taką z wyszywanymi wzorami, z odrobiną złota, być może srebra lub turkusu. Jasna koszula, spięta wykrochmalonym kołnierzem dodawała mu powagi, chociaż wykrzywiona w grymasie niezadowolenia twarz psuła efekt. Ulizała mu włosy, tak, że wszystkie, zazwyczaj niesforne, loki znalazły się z tyłu. Nie interesowały jej żadne 'ale mamo', 'ała, daj życ' oraz 'daj sobie spokój, to tylko Trixie'. Upewniła się, że dziecko wyszło z domu na czas, ba, wysłała go ze skrzatem po młodego Lestrange'a, który też był zaproszony do rezydencji Blacków w Londynie.
Oleander rzucił Rabastanowi znaczące spojrzenie, gdy ukazał się przed nim w niesamowicie eleganckiej i do bólu poprawnej kreacji. Nie znaczyło ono więcej niż 'nie waż mi się tego wypominać, moja matka jest demonem'.
Dotarli na Grimmauld Place na czas i wtedy też transportujący ich tam skrzat domowy wrócił do rezydencji Crouchów. Przeszli przez ciasny korytarz, a potem zostali odprowadzeni do pokoju Bellatrix.
Oleander wszedł do pomieszczenia pierwszy.
– Trixie co za kiecka! – pochwalił jej kreacje na powitanie, bo wiedział, że dziewczyna przykłada uwagę do tego, aby wyglądać schludnie. Trudno było jednak z jego tonu wywnioskować czy był to przytyk, czy też komplement. Zawsze to robił, zwłaszcza w interakcjach z nią, to była ich mała gra. Lubił się przedrzeźniać, chociaż nie miał nic złego na myśli. Czekał cierpliwie na ripostę jaką Panna Black potraktuje jego własne wdzianko.
Gdy tylko drzwi zamknęły się za Rabastanem, Crouch w zamaszystym geście rozczochrał przylizane loki. Te opadły mu na czoło i górną część uszu w zwyczajowym nieładzie. Ciemne włosy wciąż były krótsze, nie posiadały srebrno-niebieskiego dołu, który sprawi sobie starszy Oleander, za niespełna dwa lata, gdy w końcu wysmyknie się spod matczynej kontroli. Nie można było nie zauważyć, że do ułożenia włosów użył odrobinę transmutacji. Metamorfomagia zawsze pomagała mu w utrzymaniu takiego wyglądu, na jaki właśnie miał ochotę.
– Mama kazała mi zgarnąć Rabiego po drodze, bo podobno wypada. Myślę, że chyba sam znasz drogę, nie? – uniósł brwi spoglądając na Lestarnge'a.
Cóż, musiał się przecież gdzieś wyszaleć, prawda?
'Boys will be boys.'
Nawet w sprawie wyjścia do Panny Black matka musiała wtrącić swoje pare knutów, głównie w kontekście ubioru syna. Elegancka marynarka była dla niego zbyt prosta, nudna, wolałby taką z wyszywanymi wzorami, z odrobiną złota, być może srebra lub turkusu. Jasna koszula, spięta wykrochmalonym kołnierzem dodawała mu powagi, chociaż wykrzywiona w grymasie niezadowolenia twarz psuła efekt. Ulizała mu włosy, tak, że wszystkie, zazwyczaj niesforne, loki znalazły się z tyłu. Nie interesowały jej żadne 'ale mamo', 'ała, daj życ' oraz 'daj sobie spokój, to tylko Trixie'. Upewniła się, że dziecko wyszło z domu na czas, ba, wysłała go ze skrzatem po młodego Lestrange'a, który też był zaproszony do rezydencji Blacków w Londynie.
Oleander rzucił Rabastanowi znaczące spojrzenie, gdy ukazał się przed nim w niesamowicie eleganckiej i do bólu poprawnej kreacji. Nie znaczyło ono więcej niż 'nie waż mi się tego wypominać, moja matka jest demonem'.
Dotarli na Grimmauld Place na czas i wtedy też transportujący ich tam skrzat domowy wrócił do rezydencji Crouchów. Przeszli przez ciasny korytarz, a potem zostali odprowadzeni do pokoju Bellatrix.
Oleander wszedł do pomieszczenia pierwszy.
– Trixie co za kiecka! – pochwalił jej kreacje na powitanie, bo wiedział, że dziewczyna przykłada uwagę do tego, aby wyglądać schludnie. Trudno było jednak z jego tonu wywnioskować czy był to przytyk, czy też komplement. Zawsze to robił, zwłaszcza w interakcjach z nią, to była ich mała gra. Lubił się przedrzeźniać, chociaż nie miał nic złego na myśli. Czekał cierpliwie na ripostę jaką Panna Black potraktuje jego własne wdzianko.
Gdy tylko drzwi zamknęły się za Rabastanem, Crouch w zamaszystym geście rozczochrał przylizane loki. Te opadły mu na czoło i górną część uszu w zwyczajowym nieładzie. Ciemne włosy wciąż były krótsze, nie posiadały srebrno-niebieskiego dołu, który sprawi sobie starszy Oleander, za niespełna dwa lata, gdy w końcu wysmyknie się spod matczynej kontroli. Nie można było nie zauważyć, że do ułożenia włosów użył odrobinę transmutacji. Metamorfomagia zawsze pomagała mu w utrzymaniu takiego wyglądu, na jaki właśnie miał ochotę.
– Mama kazała mi zgarnąć Rabiego po drodze, bo podobno wypada. Myślę, że chyba sam znasz drogę, nie? – uniósł brwi spoglądając na Lestarnge'a.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦