31.05.2023, 05:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.05.2023, 05:36 przez Oleander Crouch.)
Wywrócił oczyma na lakoniczną odpowiedź.
To było bardzo ważne. Każdy mógł mieć sekrety, ale Oleander nie chciał, aby Desmond miał jakiekolwiek przed nim. Niesamowicie frustrowała go myśl, że mógłby mu nie mówić o istotnych dla siebie przeżyciach, emocjach i coraz bardziej doń docierało w jakim złudzeniu żył. Pozwolił sobie osiąść na laurach, tonąc w gorzkim komforcie obecności przyjaciela, napawając się jakąkolwiek formą jego bliskości. Zignorował wszystkie sygnały, znaki, które mogłyby doprowadzić do ukrywanej prawdy. Jedyna zazdrość jaka z tego płynęła, skupiała się na niemożności zaakceptowania faktu, że Malfoy mógł skupiać swoją uwagę na kimś innym. Sama utrata gruntu pod nogami wydała się Crouchowi ekscytująca, w podobny sposób co przerażenie, które odczuwał, gdy uniesiono nad nim chwile temu ciężką butelkę z wysokoprocentowym alkoholem.
Nie spodziewał się tak zdecydowanego ruchu, po tym jak chwilę temu blondyn wydawał się skołowany swoją własną agresją. Przez chwilę na twarzy Oleandra wykwitło szczere zdziwienie, nie wiedział czego oczekiwać, czy kolejny ruch jaki nadejdzie nie będzie się znów wiązał z przeszywającym bólem. Poczuł jak motyle w brzuchu stają się bardziej uciążliwe, jak serce kołacze się w klatce piersiowej. Dopiero co opanował swoje roztrzęsione ciało, które snów, pod naporem zdecydowania i siły ulegało szumiącej w uszach adrenalinie - czy to ze strachu czy to w imię absolutnie obsesyjnej miłości, która była w stanie wybaczyć wszystko.
Otworzył usta, aby coś powiedzieć. Tak jak wcześniej wydawało mu się, że kontrolował sprowokowanego Desmonda, tak w tym momencie nie miał ani krzty pojęcia do czego cała sytuacja zmierza. Zapach mocnego alkoholu, wymiocin i przebijajacej się przez to wszystko woni cytrusów, tak przyciągającej, że ignorował inne zapachy, zawróciły mu w głowie.
Wciągnął głośno powietrze, gdy poczuł ucisk na drugim nadgarstku. Czuł na plecach powiew chłodnego powietrza zza okna, do którego teraz stał tyłem. Wylądowanie na londyńskim bruku nie wydawało się aż tak pociągające, więc przeważająca do pewnego momentu ekscytacja chwilowo zamieniła się w dziwny stres. Odepchnął ten irracjonalny scenariusz od siebie.
Źrenice rozszerzyły się, zastępując brąz prawie w całości czernią. Czuł jego pewność siebie, siłę i gdyby nie fakt, że opierał się o parapet, zapewne cofnąłby się o krok, w naturalnej reakcji
– J-jak mam cię dotknąć, skoro mnie trzymasz – zająknął się, co normalnie też by go zdziwiło, ale w tej sytuacji był zbyt zalany sprzecznymi emocjami. Nie zastanawiał się nawet czy było to pytanie, ponaglenie, powtórzenie.
Panicznie zaczerpnął powietrza.
Serce przyspieszyło jeszcze bardziej, chociaż wydawało się to niemożliwe.
Nie wytrzymał presji. Nie chciał spotkać się z odrzuceniem, ale był postawiony pod ścianą, dosłownie i w przenośni.
Korzystając z bliskości w szybkim ruchu złączył ich usta.
Delikatnie, jakby bał się, że taki dotyk spotka się z kolejną falą gniewu, jednocześnie nie mogąc powstrzymać łaknięcia nieznanego, niepewnego, niebezpiecznego; przecież bardzo łatwo mógł stracić życie lub przyjaciela.
Uświadomił sobie, że przedkłada miłość do Desmonda powyżej swojego własnego istnienia i to uczucie sprawiło, że zmiękły mu kolana.
To było bardzo ważne. Każdy mógł mieć sekrety, ale Oleander nie chciał, aby Desmond miał jakiekolwiek przed nim. Niesamowicie frustrowała go myśl, że mógłby mu nie mówić o istotnych dla siebie przeżyciach, emocjach i coraz bardziej doń docierało w jakim złudzeniu żył. Pozwolił sobie osiąść na laurach, tonąc w gorzkim komforcie obecności przyjaciela, napawając się jakąkolwiek formą jego bliskości. Zignorował wszystkie sygnały, znaki, które mogłyby doprowadzić do ukrywanej prawdy. Jedyna zazdrość jaka z tego płynęła, skupiała się na niemożności zaakceptowania faktu, że Malfoy mógł skupiać swoją uwagę na kimś innym. Sama utrata gruntu pod nogami wydała się Crouchowi ekscytująca, w podobny sposób co przerażenie, które odczuwał, gdy uniesiono nad nim chwile temu ciężką butelkę z wysokoprocentowym alkoholem.
Nie spodziewał się tak zdecydowanego ruchu, po tym jak chwilę temu blondyn wydawał się skołowany swoją własną agresją. Przez chwilę na twarzy Oleandra wykwitło szczere zdziwienie, nie wiedział czego oczekiwać, czy kolejny ruch jaki nadejdzie nie będzie się znów wiązał z przeszywającym bólem. Poczuł jak motyle w brzuchu stają się bardziej uciążliwe, jak serce kołacze się w klatce piersiowej. Dopiero co opanował swoje roztrzęsione ciało, które snów, pod naporem zdecydowania i siły ulegało szumiącej w uszach adrenalinie - czy to ze strachu czy to w imię absolutnie obsesyjnej miłości, która była w stanie wybaczyć wszystko.
Otworzył usta, aby coś powiedzieć. Tak jak wcześniej wydawało mu się, że kontrolował sprowokowanego Desmonda, tak w tym momencie nie miał ani krzty pojęcia do czego cała sytuacja zmierza. Zapach mocnego alkoholu, wymiocin i przebijajacej się przez to wszystko woni cytrusów, tak przyciągającej, że ignorował inne zapachy, zawróciły mu w głowie.
Wciągnął głośno powietrze, gdy poczuł ucisk na drugim nadgarstku. Czuł na plecach powiew chłodnego powietrza zza okna, do którego teraz stał tyłem. Wylądowanie na londyńskim bruku nie wydawało się aż tak pociągające, więc przeważająca do pewnego momentu ekscytacja chwilowo zamieniła się w dziwny stres. Odepchnął ten irracjonalny scenariusz od siebie.
Źrenice rozszerzyły się, zastępując brąz prawie w całości czernią. Czuł jego pewność siebie, siłę i gdyby nie fakt, że opierał się o parapet, zapewne cofnąłby się o krok, w naturalnej reakcji
– J-jak mam cię dotknąć, skoro mnie trzymasz – zająknął się, co normalnie też by go zdziwiło, ale w tej sytuacji był zbyt zalany sprzecznymi emocjami. Nie zastanawiał się nawet czy było to pytanie, ponaglenie, powtórzenie.
Panicznie zaczerpnął powietrza.
Serce przyspieszyło jeszcze bardziej, chociaż wydawało się to niemożliwe.
Nie wytrzymał presji. Nie chciał spotkać się z odrzuceniem, ale był postawiony pod ścianą, dosłownie i w przenośni.
Korzystając z bliskości w szybkim ruchu złączył ich usta.
Delikatnie, jakby bał się, że taki dotyk spotka się z kolejną falą gniewu, jednocześnie nie mogąc powstrzymać łaknięcia nieznanego, niepewnego, niebezpiecznego; przecież bardzo łatwo mógł stracić życie lub przyjaciela.
Uświadomił sobie, że przedkłada miłość do Desmonda powyżej swojego własnego istnienia i to uczucie sprawiło, że zmiękły mu kolana.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦