01.06.2023, 14:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.06.2023, 14:30 przez Desmond Malfoy.)
Aż nie mógł uwierzyć, do czego Oleander potrafił się zniżyć, żeby móc marzyć o cieniu szansy na jakąkolwiek bliskość. Powoli przekonywał się, że to nie była wyłącznie kwestia perwersyjnago pociągu; on był zakochany. Był zakochany mocniej, niż on sam w Mayi, bo nigdy nie upokorzyłby się tak dla niej. Nie porzuciłby dla niej samego siebie. Nie prosiłby o to, żeby go krzywdziła, tylko dlatego, że może jej to poprawić humor.
- Nie w ten sposób bo nie możesz być moją żoną. - Mówił mu o tym tylko po to, żeby go zranić, na tym etapie nie potrafił się usprawiedliwiać nawet przed samym sobą. - Nie możemy się tak kochać nie możesz urodzić mi dzieci nie mogę pokazać cię moim rodzicom i żaden znajomy nie będzie mi cię zazdrościł.
Stopniowo pozbywał się swojej irytacji, wyładowywał ją na nim. Wiedział o tym doskonale, ale zupełnie nie rozumiał, czemu wcale nie czuł się z tym źle. Czuł się świetnie, czuł się silniejszy i lepszy od niego.
Dla Oleandra zawsze istniały tylko dwie opcje: wszystko albo nic. To właśnie było jego "wszystko"; intensywne na tyle, że zachwycało, wzruszało i niepokoiło w tym samym czasie. Nawet pomimo tej jego rozedrganej reaktywności, czuł, że posiada nad nim władzę. Niezależnie od kontekstu, musiało mu to sprawiać przyjemność. I sprawiało.
Od kiedy podniósł głowę, nieprzerwanie patrzył mu w oczy. Nie drgnęła mu nawet powieka, gdy Oleander zaczął płakać, ale to samo w sobie było znakiem. Patrzenie na jego łzy dawało mu satysfakcja, więc z początku w ogóle nie chciał ingerować w sytuację, wolał się nią napawać w milczeniu.
- Uklęknij przede mną - wymamrotał, samemu nie wierząc w to, że faktycznie zdecydował się to powiedzieć. - Proś na kolanach.
To było skrzywione, to było zwyrodniałe. Nie czuł jednak żadnych wyrzutów sumienia, w końcu już dawno zasądził, że wcale go nie zostawi.
To było jak gra, zabawa. Wszystko na niby, wszystko poza bólem jego ofiary.
- Nie w ten sposób bo nie możesz być moją żoną. - Mówił mu o tym tylko po to, żeby go zranić, na tym etapie nie potrafił się usprawiedliwiać nawet przed samym sobą. - Nie możemy się tak kochać nie możesz urodzić mi dzieci nie mogę pokazać cię moim rodzicom i żaden znajomy nie będzie mi cię zazdrościł.
Stopniowo pozbywał się swojej irytacji, wyładowywał ją na nim. Wiedział o tym doskonale, ale zupełnie nie rozumiał, czemu wcale nie czuł się z tym źle. Czuł się świetnie, czuł się silniejszy i lepszy od niego.
Dla Oleandra zawsze istniały tylko dwie opcje: wszystko albo nic. To właśnie było jego "wszystko"; intensywne na tyle, że zachwycało, wzruszało i niepokoiło w tym samym czasie. Nawet pomimo tej jego rozedrganej reaktywności, czuł, że posiada nad nim władzę. Niezależnie od kontekstu, musiało mu to sprawiać przyjemność. I sprawiało.
Od kiedy podniósł głowę, nieprzerwanie patrzył mu w oczy. Nie drgnęła mu nawet powieka, gdy Oleander zaczął płakać, ale to samo w sobie było znakiem. Patrzenie na jego łzy dawało mu satysfakcja, więc z początku w ogóle nie chciał ingerować w sytuację, wolał się nią napawać w milczeniu.
- Uklęknij przede mną - wymamrotał, samemu nie wierząc w to, że faktycznie zdecydował się to powiedzieć. - Proś na kolanach.
To było skrzywione, to było zwyrodniałe. Nie czuł jednak żadnych wyrzutów sumienia, w końcu już dawno zasądził, że wcale go nie zostawi.
To było jak gra, zabawa. Wszystko na niby, wszystko poza bólem jego ofiary.