Zdawał sobie sprawę z tego, że duszenie kogokolwiek nie jest tak ciche, jakby się mogło wydawać. Dlatego, gdy Robert zdecydował się rzucić to zaklęcie, nie zamierzał zaprotestować. Czarna magia bezsprzecznie czyniła duszenie kogoś znacznie łatwiejszym, niż bez jej użycia. Nie musiał walczyć ze swoją ofiarą, która ostatecznie dokonała żywota bezgłośnie.
Zdecydował się pozostawić pozbawione życia ciało i podążyć za idącym na piętro czarodziejem. Cały czas trzymał różdżkę w pogotowiu, także za sprawą bijącego z jej końca mlecznobiałego światła oświetlając sobie drogę na piętro.
Bezszelestnie wszedł za Mulciberem do sypialni, w której zastali śpiącą w podwójnym łóżku kobietę. Bez mrugnięcia okiem patrzył na to jak towarzyszący mu Śmierciożerca jednym zaklęciem odcina głowę pogrążonej we śnie, niczego nieświadomej kobiecie głowę i jak krew wypływa na poduszkę z bezgłowego truchła ich ofiary. Jonathana Avery'ego prędzej czy później dopadną. Tak jak właśnie dopadli rodzinę tego pieprzonego szlamojebcy.
Gdyby miał samemu ochronić swoją rodzinę przed lojalistami Czarnego Pana to nawet zostałby strażnikiem tajemnicy. Ale to nie ludzi Lorda Voldemorta się obawiał. Chciał ochronić swoją rodzinę przed wszystkimi wrogami, którzy na nich czyhali i których wykończyć zanim oni to zrobią z nimi. Nie mógł być jak ten pieprzony Avery, który ukrył rodzinę w kryjówce za łatwymi do złamania zaklęciami zabezpieczającymi.
— To już wszyscy — Podsumował ich dotychczasowe działania. Nie mieli już więcej osób do zabicia w tym miejscu i nie było konieczności przeszukiwania kolejnych pokojów w tym domu. Zdecydował oddalić się od posłania, w którym zostawili bezgłowe zwłoki. Spojrzał porozumiewawczo na swojego towarzysza.