Zmierzył ciekawskim wzrokiem Brennę, gdy ta podała swoje nazwisko. Przez chwilę mogło się wydawać, że chciał coś powiedzieć lub skomentować jakoś fakt, że przyszedł do niego ktoś z Longbottomów, jednak dalej milczał jak zaklęty. Wydał z siebie tylko ciche westchnienie, gdy wertował papiery w poszukiwaniu odpowiedniej notatki służbowej. Nazwisko to było mu znane. Kto by nie kojarzył Longbottomów z Doliny Godryka? Po Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów kręciło się ich pełno i raczej nie wszyscy wywodzili się z tego samego rocznika. Ech, te konotacje rodzinne.
— Ciężka sprawa — skomentował z nutą współczucia w głosie. Dobrze rozumiał, jak to jest stać na ścieżce, która nagle się rozwidla. Gdyby Jeremiah nie zdążył nikogo skrzywdzić, wdrożenie kolejnych procedur byłoby dużo łatwiejsze. Przebadanie przez lekarzy i specjalistów z Lecznicy Dusz, aby wykluczyć ewentualne choroby na tle psychicznym i można było myśleć o egzorcyzmach. Tutaj jednak wszystko eskalowało dosyć szybko. — Skoro przeniesienie go do placówki medycznej nie wchodzi w grę, to wygląda na to, że konsultacja Egzorcysty to jedyne logiczne rozwiązanie. — Pociągnął nosem. — Nie jestem członkiem służb bezpieczeństwa, jednak sugerowałbym dosadne przekazanie rodzinie pacjenta, że ukrywanie go przed światem niczego nie zmieni. Jeśli nikt go nie zdiagnozuje, trafi przed sąd. A tam się raczej nie popisze elokwencją.
O ile sędziowie mieliby trochę oleju w głowie, to i tak wyślą go na przymusowe testy, pomyślał przelotnie, podnosząc się ciężko z krzesła. Zarzucił koc na oparcie krzesła i momentalnie przeszły go dreszcze. Poczłapał bez słowa do wieszaka i włożył grubą kurtkę. Spojrzał na Brennę spod przymrużonych powiek, jakby układał już w głowie plan odnośnie do potencjalnych egzorcyzmów, ale miał problem z tym, aby uwzględnić w nich brygadzistkę. A raczej jaką rolę będzie pełnić.
— W ostateczności, jeśli nie zostaniemy wpuszczeni, będzie pani potrzebowała nakazu. Bez względu na to, czy jest opętany, chory czy też symuluje, w domu raczej pozostać długo nie może. Swoją drogą, czy Pan Ross jest obecnie pod jakąkolwiek obserwacją? — rzucił, wracając do biurka i wyciągając z szuflad kolejne szpargały takie jak notatnik, książeczkę z pieśniami kowenu Whitecroft i kilka ruchomych obrazków w kształcie zakładki do książki przedstawiających Panią Księżyca. — Mam na myśli dom. W razie czego trzymacie rękę na pulsie, gdyby doszło do... hmm.. eskalacji?
Zaniósł się kaszlem, wysłuchując szczegółowych opisów panny Longbottom dotyczących zaufania Jeremiaha. Ciężko było zaprzeczyć. Objawy wydawały się wręcz podręcznikowe, jeśli chodzi o opętanie, jednak ten wypadek z mugolem... Trauma po tym wydarzeniu też mogła jakoś wpłynąć na mężczyznę. Ale to już była robota lekarzy. A skoro pierwsze badania wykluczyły podstawowe nieprawidłowości, to potencjalnie można było założyć, że pod tym względem był czysty.
— Nie planowałem się dzisiaj ruszać z biura — poinformował kobietę, aby uwydatnić, że nieco pokrzyżowała mu plany na dogorywanie w tej klitce. — Ale powiedzmy, że udam się z Panią na konsultacje. Aby wykluczyć chociaż jeden scenariusz. — Zaczął chować po kieszeniach wszelkie potrzebne mu szpargały, ściągając z półki na ścianie małe pudełeczko przypominające pozytywkę. — Byłbym wdzięczny, gdybyśmy skorzystali z sieci Fiuu. Nie reaguje zbyt dobrze na teleportację, a obawiam się, że w obecnym stanie chwilę po lądowaniu potrzebowałbym interwencji medyków.
Uśmiechnął się krzywo. Dotknął kontrolnie swojego czoła, aby sprawdzić, czy dalej miał podwyższoną temperaturę. Może krótki wypad na zewnątrz mu jakoś pomoże? Wprawdzie skręcało go na samą myśl, że musiał opuścić względnie przyjazne mury Ministerstwa Magii, jednak bądź co bądź tu pracował, a prośba Longbottom trafiła bezpośrednio do niego. Cholerna obowiązkowość.
— Pani przodem, muszę pozamykać — poinformował, poprawiając czapkę.