W przeciwieństwie do swej nowo-poznanej towarzyszki Macmillan nie był zbyt obyty ze światem artystów. Przynajmniej nie osobiście, gdzie mógłby powiedzieć, że bywał z niektórymi na długich kolacjach czy sobotnich lunchach w centrum magicznej dzielnicy Londynu. Kojarzył kilka najpopularniejszych nazwisk, jednak czy umiałby je bez zająknięcia przywołać, gdyby go o nie zapytano? Raczej nie. Prędzej wymieniłby najlepszych bibliotekarzy i antykwariuszy Londynu. Tak, ci byli zdecydowanie bliżsi jego życiu, głównie przez profesję, jaką się parał. Skądś w końcu pozyskiwać cenne woluminy i przedawnione podręczniki, z których wbrew pozorom można było zaczerpnąć kilka cennych informacji.
Może gdyby Sebastian nie miał tak ścisłego kontaktu z duchami, które tak często wiązały się właśnie z przeszłością, być może podchodziłby do obrazów i innych dzieł sztuki podobnie do Pandory. Wiedział jednak, że przeszłość, tak często romantyzowana przez młode pokolenia, była w gruncie rzeczy na wyciągnięcie ręki. Żywa i bliska, gotowa do powrotu w każdej chwili. Wystarczyło kilka wyborów odpowiednich ludzi, a świat mógłby się wygiąć do woli tych, którzy chcieli przywrócić dawny porządek rzeczy. Historia zatoczyłaby koło. Pytanie tylko, czy byłoby to dobre dla świata, czy też wręcz przeciwnie.
— Cóż... Tak? — zaryzykował, odpowiadając na sugestię młodej kobiety. Nie rozumiał, dlaczego po prostu nie zaakceptowała jego wersji wydarzeń, co pozwoliłoby przenieść winę za ten wypadek na niego. Z własnego życia był przyzwyczajony do tego, że ludzie zwykle unikali przyznawania się do błędów i szukali kozłów ofiarnych. A ona robiła dokładnie na odwrót! — Oh, nienienieninie! Absolutnie! — Pokręcił żarliwie głową. — Po prostu to nie jest do końca moje środowisko. Wolę ciche archiwa, czytelnie i puste magazyny od auli i korytarzy pełnych stad czarodziejów i czarownic.
Podrapał się po karku, potakując co jakiś czas. A więc nie trafił na jakąś wielką ekspertkę. A przynajmniej nie taką, która zna każdy kąt muzeum. Może to i lepiej? Nieraz lepiej było prowadzić konwersację z kimś na podobnym poziomie, dzięki temu w rozmowie panowała swego rodzaju równowaga. A w tym wypadku było to coś, czego Sebastian nad wyraz potrzebował, otoczony z każdej strony przez chmarę obcych ludzi.
— Nie, niezbyt — przyznał bez zająknięcia. Na moment zapadła niezręczna chwila ciszy, którą mężczyzna postanowił przełamać, otwierając się nieco na Pandorę. — Zdarza mi się konsultować manuskrypty, które ma w zbiorach muzeum, ale zazwyczaj odbywa się to w biurze, a nie na głównej sali. Ach, opiekowałem się też jednym z miejsc kultu kowenu w okolicy. To prawie jak muzuem, tylko czasem bardziej...naturalne.
Niektóre miejsca kultu mogły przypominać mugolskie kaplice czy kościoły, ale inne były w pełni poświęcone matce ziemi, a wtedy wystarczyło, że w okolicy znajdowało się kilka głazów, czy wyjątkowo kwiecista polana z żyłą magii nieopodal, a automatycznie uznawano, że wypadałoby, aby ktoś miał takie miejsce pod opieką. Sebastian miał szczęście i przez większość tej pracy miał jednak zapewniony jako taki dach nad głową. Wprawdzie przeciekał od czasu do czasu, ale przynajmniej był.
— Za dużo ruchu w jednym miejscu? — Uniósł pytająco brwi. Większość czarodziejów raczej była przyzwyczajona do przebywania pośród żywych obrazów i fotografii. Niektórzy wychowywali się w takim środowisku od maleńkości, a inni zapoznawali się z nim dopiero w szkolnych murach. A co jak co, w Hogwarcie ruchomych obrazów było pełno. — Och, naprawdę? — Oczy mu się zaświeciły na wspomnienie o spirytyzmie. Nawet wykrzesał z siebie lekki uśmiech. — Wypadałoby obejrzeć ją z bliska. Sądziłem, że największą atrakcją tutaj będzie drobny obrazek sakralny z tyłu sali. A tu taka niespodzianka!
Złożył na moment dłonie jak do modlitwy, jednak zamiast tego klasnął parę razy bezgłośnie. W końcu coś ciekawego! W sumie był ciekawy, co też wynieśli z magazynów pracownicy muzeów. Czy było to coś, co czekało na swoją wystawę już od dawna, czy raczej zdołali ściągnąć coś z zagranicy? I, co najważniejsze, czy znajdą tam coś autentycznego, czy raczej dosyć... kreatywną reinterpretację zjawisk nadprzyrodzonych?
— Racja, we dwoje zawsze raźniej — potwierdził, coraz bardziej przekonany, że ta wycieczka może okazać się nieco bardziej ciekawa, niż podejrzewał. — Możemy się przejść, nikt na mnie tu nie czeka, więc raczej też nie zatęskni. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Preferuję herbatę. Jeśli mam być szczery.
Sebastian poprawił kołnierz golfa. Dalej miał wrażenie, że się powoli zaczynał gotować, jednak było znośnie. Jak na jego standardy. Wypuścił powoli powietrze z ust, spoglądając pogodnie na Pandorę i pozwalając jej poprowadzić się we właściwym kierunku, co by wytyczyła tempo ich spaceru po muzeum.