Humor jej się poprawił. Całe zdenerwowanie odeszło, jakby przy użyciu czarodziejskiej różdżki, tyle, że magia wcale nie była do tego potrzebna. Wystarczyło krótkie wyjaśnienie, miłe słowo i już. Stella stała teraz przed swoim towarzyszem uśmiechnięta od ucha do ucha. Najwyraźniej nikt nie powinien dzisiaj oberwać, ani Stanley, ani żadna sztaluga.
- Teraz, to już chyba nie mam wyboru. - Borgin brzmiał przekonywująco. Nie miałaby mu serca odmówić, chociaż właściwie to sama się wprosiła, jednak mniejsza o to. Skoro już zaoferowała, że może się tam pojawić, to niech będzie. Nie zamierzała teraz zmieniać zdania. Najwyżej posiedzi chwilę, zje torta i zwinie się do domu. To zawsze była w miarę bezpieczna opcja. Zrobi przy tym mu przyjemność - wszyscy będą zadowoleni, to było najistotniejsze.
- W takim wypadku zostaw i tort w mojej gestii, wiesz, że uwielbiam czekoladę, znam się na rzeczy, gwarantuję, że nie pożałujesz. - Miała kilka ulubionych miejsc, w których zamawiała wypieki. Były sprawdzone i za każdym razem spełniały oczekiwania, po co więc ryzykować, że Stanley mógłby kupić coś niesmacznego. Nie, żeby tak zakładała, jednak wolała być pewna, że tort będzie najlepszy, jaki tylko może być.
- Och tak, nie mogę o tym zapomnieć, musisz mi to powtarzać, żebym zawsze była taka pewna siebie. - Posłała mu promienny uśmiech. Miała nadzieję, że nie są to tylko słowa rzucone na wiatr, a Stanley faktycznie ma o niej takie zdanie. Jeśli tak, to faktycznie mocno ją podbudowywało. Rodzice raczej zawsze wymagali od niej więcej, sugerowali, żeby ciężej pracowała, pokonywała własne granice, nigdy nie mówili, że jest w czymś dobra, a co dopiero najlepsza. Dlatego też słowa mężczyzny tak wiele dla niej znaczyły.
Borgin po raz kolejny wyraził swój entuzjazm bardzo mocnym przytuleniem. Chyba niedługo przywyknie do okazywania radości w ten sposób, choć z początku uważała to za niezbyt delikatne. Widać było, że naprawdę ucieszył się z informacji, które były zawarte w liście. Nie dziwiła się wcale, w końcu jego zaangażowanie zostało docenione, mógł się rozwijać, nabywać nowe umiejętności i szlifować te, które posiadał na różnych płaszczyznach. To zawsze było budujące, kiedy widziało się, że praca ma sens i że inni zauważają zaangażowanie, naprawdę była z niego dumna.
To nie tak, że nie cieszyła się jego szczęściem, tyle że poczuła takie ukłucie gdzieś głębiej. Co jeśli teraz tak zaangażuje się w pracę, że zupełnie o niej zapomni. Stella wiedziała, że to wiele dla niego znaczyło, skąd mogła wiedzieć, że nie więcej niż ona. Mimo, że starała się nie dać po sobie poznać, to jednak widać było, że zaczęło ją ogarniać zmieszanie. Naprawdę chciałaby się tylko i wyłącznie cieszyć z tego awansu, no ale jednak, nie do końca tak było.
Uniósł jej podbródek, wpatrywała się w niego swoimi orzechowymi oczami. Chciała mu uwierzyć, naprawdę bardzo chciała być pewna, że będzie dokładnie tak jak mówi, no ale trochę wątpiła. W końcu auror to bardzo ceniony zawód, który wymagał ciągłego doszkalania. - Obiecałeś, ale... - Urwała, bo nie chciała za bardzo komplikować tego tematu. Zdawała sobie sprawę, że zdecydowanie łatwiej by było, gdyby to po prostu zaakceptowała, nie umiała jednak nie dzielić się swoimi obawami. - Myślisz, że to wystarczy? Aurorzy mierzą się z czarnoksiężnikami, ciągle muszą rozwijać swoje umiejętności. - Nie, żeby wątpiła w to, co potrafi Stanley, jednak wydawało jej się, że samo szkolenie może być dosyć mocno wymagające, w końcu tylko najlepsi mogli zostać aurorami.
- To nie może być też tak, że przeze mnie oblejesz egzamin. Nie o to w tym chodzi. Będę cię wspierać, powinnam. - Musiała jakoś odnaleźć się w tej sytuacji, tylko tak bardzo nie chciała zostać zepchnięta na drugi plan, że nie do końca wiedziała, jak to ugryźć. - Możemy ograniczyć spotkania, chociaż wolałabym tego uniknąć, bo przyzwyczaiłam się do tego, że jesteś obok. - Była z nim zupełnie szczera, na głos mówiła wszystko, co ja trapiło. - Ale też chciałabym, żebyś był szczęśliwy i rozwijał się w pracy, bo wiem, że ci na tym zależy. - Była trochę rozdarta w tym wszystkim.