Podzieliłam ten post na części, proszę was jednak o lekturę wszystkich fragmentów, ponieważ nie będę opisywała zjawisk przyrodniczych w każdym z nich z osobna.
Stanley i Chester
Czy to już delirium? Piliście coś dzisiaj? Chcieliście odzyskać swoje różdżki tak bardzo, że zaryzykowaliście postawieniem się komuś, kto miał nad wami dużą przewagę i to najwyraźniej się nie opłacało. Moody sięgnęła szczytu swoich możliwości, przyciągając broń obojga w swoim kierunku. W kierunku, w którym znajdowały się te przedziwne istoty szepczące do uszu Stanleya dźwięki z sali rozpraw. W kierunku, w którym coraz silniej wiał wiatr. To już nie był delikatny wiaterek, to była coraz to potężniejsza wichura, która zaraz zacznie przesuwać stoły i krzesła.
Stanley był z waszej dwójki szybszy, dostrzegł swoją różdżkę wcześniej, ale to nie znaczyło wcale, że Harper temu uległa. Przesadzenie wręcz wysportowana, rzuciła swoje zaklęcie równolegle z tobą. Poprawnie rzucony Criuciatus powalił ją na kolana, ale twoja różdżka zaczęła wysuwać się z twojej dłoni i pędzić w jej kierunku. Chester, wolniejszy w swoich działaniach, musiał zmierzyć się z faktem, że jeżeli chciał złapać swoją różdżkę, musiał ją gonić.
Już od jakiegoś czasu spodziewaliście się wsparcia innych Aurorów, które miało nadejść, ale...
Grupa przy ogniskach
...tym, kto przybył z odsieczą była jedynie Heather Wood. Jedynie, bo dziewczyna, lecąc w waszym kierunku, została pociągnięcia przez oplatające ją pnącza. Magiczna siła ciągnąca ją w kierunku Śmierciożerców i szefowej biura była jednak na tyle mocna, aby dziewczyna mogła się z tego wyswobodzić. W kreującym się na Polanie wirze Śmierciożercy mogli dostrzec wiele innych sylwetek, ale były one tak oddalone, że wręcz niemożliwym zdawało się wcelowanie zaklęciem z takiej odległości. Jakiś czas byli tu więc sam na sam z dwiema kobietami, z których jedna była bardzo mocno poobijana.
Heather, chociaż zaklęcie Charlesa szarpnęło cię w tył, ostatecznie nie zatrzymało cię nic. Znalazłaś się w zasięgu ataku dwójki zamaskowanych postaci. Szefowa biura, klęcząc na ziemi, nie posłała ci nawet pojedynczego spojrzenia.
Rozproszenie zaklęcia, które Charles rzucił na swoje dłonie, nie było dla Danielle większym problemem. Nie dało się jednak ukryć, że z rękoma było gorzej niż wcześniej - Rookwood czuł więc coraz większy ból związany z oparzeniami. Trzymanie różdżki było kłopotliwe, ale nie niemożliwe.
A wasi przyjaciele leżący na ziemi? Byli żywi, czy martwi? Nie znaliście dokładnej odpowiedzi na to pytanie. Ich źrenice nie reagowały na światło, leżeli kompletnie bezwładnie, a jednak nie byli całkowicie martwi - biło im serce, oddychali, mieliście wrażenie, że usta Mavelle poruszyły się na moment, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie powiedziała nic. Wosk na ich czołach stopił się już niemal całkowicie, ale wciąż tam był. To nie było, a przynajmniej nie powinno być żadne zaklęcie, jakie było wam znane.
Byli jakby... zawieszeni. Zawieszeni w jakimś dziwnym stanie, którego nie potrafiliście określić.
Brenna i Atreus
- Nie jesteś aż tak dobra? - Odpowiedział Śmierciożerca, ewidentnie ją parodiując. - Co mi zrobicie w Ministerstwie? Zaparzycie herbatę?
Mężczyzna miał wyjątkowo nieprzyjemny charakter i z pewnością zacząłby was teraz prowokować, gdyby nie to, że naprawdę tracił siły. Przymknął się, nie ruszał, nie uciskał boku, pozwalając krwi na swobodne wydostawanie się ze swojego ciała. Odchodził. Powoli, ale odchodził i chyba coraz mocniej zdawał sobie z tego sprawę. Nie powiedział nic, kiedy opatrywałaś jego ranę. Jedynie ci się przyglądał. I ty mogłaś przyjrzeć się jemu. Mężczyzna był przystojny, ale dosyć zaniedbany - pomijając fakt, że był brudny od tej walki, jego włosy były z pewnością splątane nie tylko od tego wieczoru. Spod peleryny Śmierciożercy wystawała koszula, już nie śnieżnobiała, chociaż kiedyś pewnie mogła poszczycić się takim kolorem. To były jedynie detale, ale pozwalały na poznanie kogoś lepiej.
Zjawiliście się tutaj bez problemu, ale i wy nie mogliście uwolnić się od tego, co przynosiło spoglądanie w ogień ognisk Beltane - odczuliście to samo, co wasi przyjaciele w ostatnim akapicie poprzedniego posta Mistrza Gry. Kiedy się ocknęliście, mogliście wreszcie zorientować się, że to najprawdopodobniej wosk na waszych czołach uratował was przed wskoczeniem w te płomienie, ponieważ związany Śmierciożerca próbował za wszelką cenę dostać się do ognisk - w tym celu żałośnie czołgał się po ziemi.
Edit: odpisy w takiej kolejności w jakiej jesteście wymienieni w tym poście. Śmierciożercy pierwsi, Brenna i Atreus na końcu.