Nie wiedział co jej odpowiedzieć. Miała absolutną rację. Powinien być gotowy na absolutnie każdy masakryczny widok. Nie pracował w szpitalu, a w klinice dla ludzi, którzy na co dzień zajmowali się walką. Bardzo często szczęście nie było po ich stronie. Ale głowy jednak jeszcze nie gościł w gabinecie. Może powinien poprosić o resztę ciała i poeksperymentować nekromancję? Lepiej nie. Wystarczająco dużo miał na głowie. Jak na przykład rozważanie sensu istnienia.
— I-inspiracji?
Czy chciała teraz posiedzieć w klinice dłużej i skosić więcej osób zachowujących się nieprzyjemnie wobec Ezechiela? Szybko straci wszystkich pacjentów.
— Ughm... T-to też nie tak, że odejmuję... Ja po prostu... Rozumie pani, jeszcze się orientuję w sytuacji... Oczywiście, że znam swoją wartość. Skończyłem... różne kursy prowadzone przez specjalistów w dziedzinie magii leczniczej.
Już prawie się wygadał, że skończył studia, co byłoby niesamowicie podejrzane. Z tego co się orientował, czarodzieje nie mają uniwersytetów, a inne, bardziej kameralne ścieżki poszerzania kwalifikacji po szkole powszechnej.
— Przykro mi, mam tylko kawę otrzymaną od panny Rookwood, ale może zasmakuje pani.
Rzucił się małego pomieszczenia do "przerw", gdzie szybko odpalił ogień pod dzbaneczkiem z wodą. Zaczął przyrządzać kawę, a jako człowiek z ręką do eliksirów, całkiem zręcznie potrafił również zaparzyć kawę. Odczekał kilka minut do czasu zagotowania wody i przyniósł napój czarownicy i postawił na czysty kawałek blatu, jak najdalej od głowy. Sobie też przygotował kubek.