Martin dostrzegł, że kobieta nieco wyluzowała się wraz z trwaniem rozmowy. Przypisał to jednak swoim początkowym podejrzeniom, że panna Pettigrew po prostu obawiała się słabego flirtu w wykonaniu jakiegoś niebezpiecznego typa. Kto by się nie bał. Martin miał twarz jaką miał. Całkiem przyjemną wizualnie, ale świadczącą o przeżyciach.
— Rozumiem, to brzmi rozsądnie.
Umysł pracował na najwyższych obrotach, żeby zazwyczaj krótkie wypowiedzi rozbudować o kilka dodatkowych słów. Dopiero teraz mógł zauważyć, że cały czas spędzony nad książkami nie poszedł na marne. Miał ogrom słownictwa w głowie do wykorzystania, a obserwowanie ludzi nauczyło go, jak ich skutecznie używać.
— Dobrze. Tu jest mój adres... — Sięgnął do kieszeni i wyjął swoją wizytówkę tłumacza. Przesunął ją na stoliku w stronę czarownicy. Wydawało mu się to bezpieczniejszym posunięciem niż podanie do ręki. Nie chciał przypadkiem dotknąć jej dłoni.
Zdał sobie sprawy, że odkąd tu siedział, ani razu nie upił swojego drinka. Nawet zapomniał, co zamówił. Spróbował więc teraz.