Bez ryzyka nie ma zabawy, ale to nie ta myśl przyświecała Victorii. Ciekawość gnała ją do przodu i chęć zrozumienia co się właściwie odpierala, bo wszystko wymykało się jej rozumowaniu. Strach, który w niej wykiełkował, przykryty był determinacją by w jakikolwiek sposób się przydać. Bo kiedy na własne oczy widzisz co się dzieje, to łatwiej wymyślić cokolwiek, co może odwrócić skutki pewnych działań. Cokolwiek miało się dziać.
Nie bała się ognia i chętnie weń spoglądała – był jak przyjaciel. Te dwie sylwetki, które widać było w środku wiru i płomieni przyjazne jednak nie były. Serce znowu zabiło jej mocniej… a po chwili ścisnęło się, gdy ogień, zbliżywszy się do nich, przybrał znajomy kształt. Taniec, Sauriel. Zaręczyny. Odruchowo kciukiem przejechała po pierścionku zaręczynowym, który dzisiejszego południa został wsunięty na jej palec, jakby chciała się upewnić, że ciągle tam jest. Był. Obrazów było więcej, ale to dzisiejsze wyryły się w jej głowie, a serce… rwało się gdzieś tam.
Te rozmyślania przerwały głosy. Trzy postaci – dwie nic jej nie mówiły, ale jedna z nich… wyciągnęła do niej dłoń i Victorii znowu poczuła ukłucie. Prababcia. Nie żyła już, więc co tutaj robiła?
Co tu się do kurwy działo?
- Nie żyjesz już od dawna – powiedziała, spoglądając na sędziwą kobietę. Była dokładnie taka, jaką ją zapamiętała, a Victoria poczuła jakiś taki smutek. Jeśli ona wołała ją, to… Chodziło o śmierć, tak? Lestrange nie chciała umierać, nie chciała tutaj czekać na innych. Chciała… przeżyć swoje życie, a nie dobrowolnie je zakończyć. - Mamy czekać tak jak wy czekacie? – to było pytanie retoryczne. - Nie chcę.
Był tu Voldemort, a oni… gadali z duchami. Najpierw głosy, teraz to. Victoria miała wrażenie, że traci zmysły. Nie lubiła, gdy ktoś mieszał jej w głowie, dlatego skupiła się, chcąc zamknąć umysł na to, co (jak jej się wydawało), próbuje w nim namieszać.
Rozpraszanie na siłę woli (oklumencja)
Sukces!
Akcja nieudana