Kim nie było stać na fałszywe uśmieszki, nie potrafiła grać, nie potrafiła odnajdywać się wśród sztywnych, bankietowych etykiet. Znała podstawy kultury oraz zachowywania się w grupie, ale nie lubiła takich spotkań. Lubiła podróżować, ubrudzić się błotem, przemierzać tajemnicze lasy, poznawać ciekawych ludzi. Nie chciała rozmów o niczym, o pogodzie, ani o tym, że jaka panna nie założyła rękawiczek na dany bal. Nie taki był jej cel życiowy.
W towarzystwie Gio jednak starała się dopasowywać, ale wiedziała, że ten za dobrze ją zna i zawsze wyczuwał, gdy zaczynała się męczyć. Teraz jednak nie byli w grupie, mogła uśmiechać się do woli, okazywać swoje emocje w najbardziej dobitny sposób.
— Jestem jak najbardziej za tym. – odpowiedziała i dopiła swoja kawę. – Idziemy? – podniosła się z miejsca. – Ale najpierw może się trochę przebiorę. Jestem po dosyć długiej podróży mój kochany. – uśmiechnęła się do niego figlarnie i puściła do niego oko.
Kim zawsze była bezpośrednia i od zawsze zwracała się do niego mój kochany. Po prostu lubiła do niego tak mówić, bo taki się wydawał. Taki kochany i zbyt dobry. Złapała swój płaszcz i czekała, aż ten zaprowadzi ją w odpowiednie miejsce, gdzie będzie mogła się odświeżyć i przebrać.