Może prawdziwy powód obecności tylu Longbottomów w departamencie leżał gdzieś na granicy nepotyzmu i wpajanych od maleńkości wartości? Niektóre środowiska w świecie czarodziejów bywały zaskakująco hermetyczne. Niektóre profesje od lat pozostawały zdominowane przez bardzo konkretne familie, a wbicie się do pewnych grup zawodowych wiązało się mimo wszystko z pewnymi trudnościami. Nic dziwnego, że niektóre rodziny nakierowywały swoje pociechy na to, aby dołączyły do ich grona. To pomagało w zachowaniu swego rodzaju dziedzictwa. A o to wielu w tym świecie lubiło dbać.
— Zmaganie się ze złymi duchami to nie powód do obrzucania kogoś obelgami. Odwiedziny duchów są częstsze, niż można by przypuszczać, więc nie rozumiem, czemu miałoby to wpłynąć na ich reputację. — Zmarszczył brwi i dopiero po chwili zreflektował się, że rodzinie Rose mogło chodzić o nieco inny aspekt tego incydentu. — Ah, no tak. Ten mugol. Przepraszam.
Z rozpędu zdążył już założyć, że faktycznie mieli do czynienia z jakąś błąkającą się po tym padole łez duszą. Rodzina mogła jednak nie być do tego przekonana, a po ataku na bezbronnego niemaga pewnie najedli się nie tylko wstydu, ale też i strachu. Bądź co bądź, to były nietypowe czasy i tego typu zdarzenia mogły przyciągnąć uwagę dosyć... radykalnych środowisk. Zarówno tych zainteresowanych wymierzeniem sprawiedliwości, jak i pochwaleniem ataku. Na twarzy Sebastiana zagościła skwaszona mina.
— Mam pewne wątpliwości co do tego, czy akurat sprzątaczki mogą jej w tym momencie zbytnio pomóc — zauważył przyciszonym tonem, starając się stłumić gardłowe chrząknięcie, co by nie zmuszać Brenny słuchania tych nieprzyjemnych odgłosów. — A jeśli mogę zauważyć, do Biura Aurorów całkiem Ci blisko.
Uśmiechnął się minimalnie. Pani Abott mogła odbierać dawne długi i szukać sposobów na wydłużenie całego procesu mającego na celu... zajęcie męża przez oficjalne siły bezpieczeństwa, jednak było to nieuniknione. Zwłaszcza na tym etapie. Dobrze, że przynajmniej dalej trzymała męża w domu i nie próbowała go ukrywać w bliżej nieokreślonym miejscu. Na to pewnie już znalazłby się jakiś paragraf, gdyby wystawiono jeszcze list gończy za Jonathanem.
— Niewykluczone. Pamiętaj jednak, że o ile się nie mylisz, we władzy ciała Rose'a jest teraz ktoś zupełnie od niego różny. — Skinął głową, akceptując jej wyjaśnienia odnośnie do nakazu sądowego. — Jeśli kogoś urazimy swoją wizytą i egzorcyzmem, to przede wszystkim złego ducha. A one z zasady nie przepadają za tym rytuałem.
Nie zdołał nawet pożegnać się z dziewczyną, a ta wypadła z gabinetu. Gdyby był zaznajomiony z mugolskimi kreskówkami, to być może przyrównałby ją do strusia pędziwiatra. Zamiast tego określił ją w myślach mianem kobiety-huraganu. Ciekawe, jakimi ksywkami była obdarzona pośród własnych współpracowników? Sebastian nie miał czasu się dłużej nad tym zastanawiać, gdyż po zabraniu wszystkich potrzebnych im rzeczy i zamknięciu gabinetu udał się do ministerialnego punktu Sieci Fiuu.
Stamtąd wszystko poszło szybko. Dzięki Merlinowie, że ktoś wymyślił te kominki, pomyślał, pokaszlując donośnie, gdy zmaterializowali się w salonie domu Rose'ów. Sebastian pomachał sobie przed twarzą dłonią, chcąc odeprzeć od siebie obłok sadzy, który wzbił się w powietrze po ich lądowaniu. Chwilę później zostali przywitani. Dosyć bezpośrednio. Zbyt bezpośrednio.
— Witaj, Jonathanie. Niech Matka, pani księżyca, błogosławi ciebie i twoich najbliższych — odezwał się nieco nabożnym głosem. Starał się podejść do swojej roli poważnie, jednak intensywny atak kichania skutecznie mu to uniemożliwił. — Przyszli.... Przyszliśmy tutaj żeby... Żeby... Z tobą... Porozmawiać... Jonathanie... Apsik!
Otarł nos haftowaną chusteczką, po czym rzucił w kierunku Longbottom pełne skruchy spojrzenie. Z drugiej strony, sama była w sobie winna, skoro wywlekła go z Ministerstwa Magii w takim stanie.
— Pracuję z panną Longbottom w Ministerstwie Magii, Jonathanie — wyjaśnił, nie wdając się jednak w szczegóły. — Chcielibyśmy z tobą porozmawiać o tym, co się ostatnio wydarzyło. Co sprawiło, że postanowiłeś... ukarać tego mugola? — Uniósł pytająco brew, licząc, że zmusi go do tego, aby rozwinął temat.
Zazwyczaj nie pochwalał rozmów z opętanymi przez ryzyko, że duch tudzież inny zły byt postanowi go sprowokować i wytrącić z równowagi, jednak nie mogli go tak od razu przygwoździć do podłogi i odprawić egzorcyzmu. Wypadałoby przeprowadzić, chociaż krótki wywiad środowiskowy, przed podjęciem tego typu działań... Prawda?