Kobieta była uprzejma, ale w tak drętwy sposób, że Dolohov cudem powstrzymał nieuprzejme ziewnięcie, kiedy tłumaczyła się ze zwyczajnego dowcipu, jaki rzucił przed chwilą, nie spodziewając się po Brygadzistach żadnej reakcji. Zbyt dobrze kłamał, żeby tak po prostu dać po sobie poznać, że ta odpowiedź wywołała w nim jakiekolwiek emocje – jego twarz pozostawała czarująco uśmiechnięta, a uśmiechać się potrafił bardzo przyjemnie, bo miał wiele powodów do tego, aby takie podstawowe rzeczy dotyczące aparycji przećwiczyć przed lustrem. I to wielokrotnie. Był w końcu mówcą. Był człowiekiem, który musiał prowadzić masę upierdliwych konwersacji w swoim gabinecie i poza nim, wliczając tutaj rozmowy w cztery oczy, ociekające nudą bankiety i publiczne przemówienia, podczas których wpatrywały się w niego setki zaciekawionych, skupionych oczu. Te liczne doświadczenia wzbogaciły jego osobę i były widoczne w tym, jak się poruszał, jak się wysławiał, jak swobodnie i bez większych zawahań ciągnął nawet najbardziej niewygodne rozmowy.
Mógłby jej tym entuzjazmem zawtórować, mógłby to wszystko poprowadzić jak miło jak to tylko potrafił... ale nie chciał tego zrobić. Bycie zbyt spokojnym wydało mu się tutaj nie na miejscu. Agresja nie była receptą, ale szorstkość – tak, bo mógłby tutaj przybyć nawet i sam Minister Magii i zaoferować mu posadę w Departamencie Tajemnic za ujawnienie czegokolwiek o Annaleigh – nie obchodziło go to. Dolohov miał wokół siebie niewiele osób - garść służby, swojego asystenta, córkę i ją – kobietę, która publicznie uchodziła za jego kochającą żonę. Prywatnie... lepiej się nie rozgadywać o tym, jak bardzo źle pomiędzy nimi było, ale mimo tlącej się wciąż niechęci, zamierzał ją chronić, a teraz czymś, co mógł ochronić, była jej prywatność.
- Rozmawiałem z żoną jeszcze wczoraj, pani Bones. I zapewniam, że wszystko było z nią w porządku. Może to pani zapisać w swoim notesiku jako moje zeznania, to dostanie pani na dole autograf – powtórzył w odpowiedzi na szereg zadanych mu pytań. Następnie odwrócił spojrzenie w stronę Erika. – Zlecę oględziny gabinetu i prześlę Ann wiadomość. Nie uważam, aby jakiekolwiek inne działania były tutaj zasadne. Jeżeli stracę z nią kontakt, to zostaniecie państwo poinformowani.
Nie zasugerował im opuszczenia gabinetu, chociaż trochę cisnęło mu się to na usta.
- Skoro zdecydowaliście się wcisnąć w ten grafik tylko po to, żeby rzucać komplementami w stronę mojej połowicy, czuję się wręcz urażony. – Wypuścił przez nos trochę powietrza, trochę tak, jakby chciał się zaśmiać, ale stłumił to w sobie. – Urażony, że nawet nie kusi was skorzystanie z okazji, kiedy znajduje się tak blisko. Czyżbyście sceptycznie podchodzili do tego, czym się param? Nie mydlcie mi tylko oczu byciem na służbie...
To go zawsze bawiło. Rezerwa do jego wróżb, wieczne wmawianie sobie, że to na pewno nie potoczy się tak, jak ten cholerny Dolohov to przewidział – a jednak, z „jakiegoś niewytłumaczalnego powodu” ten przeklęty Dolohov zawsze wiedział. I pisał o tym ciągle, książkę za książką, artykuł za artykułem. Doszedł już w swojej karierze do tego etapu, kiedy poszukując nowych wieści o trzecim oku, zamiast nowych badań odnajduje wiecznie artykuły będące jedynie opracowaniem jego prac. Ostatnią pasjonującą lekturą do poduszki okazało się przekrojowe streszczenie jego własnych dokonań przez jakiegoś studenta ze Stanów.
- Mamy z kanclerzem sporo wspólnego – powiedział, stawiając kilka kolejnych kroków przez pomieszczenie – i ja i on lubimy pozostawiać po sobie wrażenie oszołomienia. – Co wysnuł oczywiście z tak wielkiego datku na organizację charytatywną. – Niech więc będzie panie Longbottom. Nie to, żebym nie był filantropem, ale wpłacenie datku na waszą organizację nie odbije się teraz takim echem po świecie, jak gdybym pościgał się z Malfoyami o kolację z panem, dajcie mi więc namieszać wam w głowach, żeby mnie nie zostawić z poczuciem straconego czasu. Zgoda?
To powiedziawszy, Dolohov podniósł ze stolika swoją szklaną kulę. Ta momentalnie zaszła dymem, jakby tylko czekała na jego dotyk. W siwych kłębach toczących się pod jej powierzchnią niby nie dało dopatrzeć się niczego konkretnego, ale Vakel zdawał się dostrzegać w tym chaosie absolutnie wszystko.
- Widzi pan, panie Longbottom – zaczął poważnym tonem, spoglądając to na niego, to na kulę, którą uniósł w górze. A potem jego twarz przekrzywiła się i dodał, tonem kompletnie innym – jeśliś myślała, że – i znowu wrócił do bycia normalnym sobą. – Widzę w pana oku coś – kiedyś było – jeszcze. Cokolwiek ściągnie na pana to limo, ściągnie na pana – pomiędzy wami źle, to się zdziwisz. – Szarpnęło go w dół, ale Dolohov zdawał się w ogóle tego nie zauważać. To było trochę tak, jakby był rozszczepieńcem walczącym o kontrolę nad ciałem – raz się dumnie uśmiechał i bredził o tym, co dostrzegał w nicości, a potem nagle snuł drugą historię, ewidentnie skierowaną do Mavelle. – Niechże spojrzę... – do czego może zaprowadzić wasz los. – Widzę w kuli dom i każdy amator przewidziałby w tym pewnie – będziesz rzygała rzygała rzygała – zaciął się – kwiatami do miski – bezpieczeństwo, ale ja widzę w tym dosłowność – chodzi o dom, nie wiem, czy ten, w którym pan mieszka - Spróbuj uwiązać tego psa jeszcze raz, to – czy inny dom, ale na pewno jakiś panu bliski. To – do miski – to, co panu zniszczy wzrok, pociągnie za sobą dach. Ironicznie, skoro to mi sugerował pan przed chwilą zakładanie nowych zaklęć zabezpieczających.
Po tym tragikomicznym wystąpieniu widać było w jego oczach jakąś iskrę. On kompletnie nie wiedział, że przekazał im jakąś wiadomość pomiędzy wierszami i... Może ta żona po prostu od niego uciekła?
- Jak się to panu spełni, zapraszam do Praw Czasu. Wieloma rzeczami mogę was jeszcze zaskoczyć.
Po gabinecie rozległo się delikatne stukanie w drzwi. To Trelawney zasygnalizował, że kolejna klientka niecierpliwiła się już czekaniem.
Mógłby jej tym entuzjazmem zawtórować, mógłby to wszystko poprowadzić jak miło jak to tylko potrafił... ale nie chciał tego zrobić. Bycie zbyt spokojnym wydało mu się tutaj nie na miejscu. Agresja nie była receptą, ale szorstkość – tak, bo mógłby tutaj przybyć nawet i sam Minister Magii i zaoferować mu posadę w Departamencie Tajemnic za ujawnienie czegokolwiek o Annaleigh – nie obchodziło go to. Dolohov miał wokół siebie niewiele osób - garść służby, swojego asystenta, córkę i ją – kobietę, która publicznie uchodziła za jego kochającą żonę. Prywatnie... lepiej się nie rozgadywać o tym, jak bardzo źle pomiędzy nimi było, ale mimo tlącej się wciąż niechęci, zamierzał ją chronić, a teraz czymś, co mógł ochronić, była jej prywatność.
- Rozmawiałem z żoną jeszcze wczoraj, pani Bones. I zapewniam, że wszystko było z nią w porządku. Może to pani zapisać w swoim notesiku jako moje zeznania, to dostanie pani na dole autograf – powtórzył w odpowiedzi na szereg zadanych mu pytań. Następnie odwrócił spojrzenie w stronę Erika. – Zlecę oględziny gabinetu i prześlę Ann wiadomość. Nie uważam, aby jakiekolwiek inne działania były tutaj zasadne. Jeżeli stracę z nią kontakt, to zostaniecie państwo poinformowani.
Nie zasugerował im opuszczenia gabinetu, chociaż trochę cisnęło mu się to na usta.
- Skoro zdecydowaliście się wcisnąć w ten grafik tylko po to, żeby rzucać komplementami w stronę mojej połowicy, czuję się wręcz urażony. – Wypuścił przez nos trochę powietrza, trochę tak, jakby chciał się zaśmiać, ale stłumił to w sobie. – Urażony, że nawet nie kusi was skorzystanie z okazji, kiedy znajduje się tak blisko. Czyżbyście sceptycznie podchodzili do tego, czym się param? Nie mydlcie mi tylko oczu byciem na służbie...
To go zawsze bawiło. Rezerwa do jego wróżb, wieczne wmawianie sobie, że to na pewno nie potoczy się tak, jak ten cholerny Dolohov to przewidział – a jednak, z „jakiegoś niewytłumaczalnego powodu” ten przeklęty Dolohov zawsze wiedział. I pisał o tym ciągle, książkę za książką, artykuł za artykułem. Doszedł już w swojej karierze do tego etapu, kiedy poszukując nowych wieści o trzecim oku, zamiast nowych badań odnajduje wiecznie artykuły będące jedynie opracowaniem jego prac. Ostatnią pasjonującą lekturą do poduszki okazało się przekrojowe streszczenie jego własnych dokonań przez jakiegoś studenta ze Stanów.
- Mamy z kanclerzem sporo wspólnego – powiedział, stawiając kilka kolejnych kroków przez pomieszczenie – i ja i on lubimy pozostawiać po sobie wrażenie oszołomienia. – Co wysnuł oczywiście z tak wielkiego datku na organizację charytatywną. – Niech więc będzie panie Longbottom. Nie to, żebym nie był filantropem, ale wpłacenie datku na waszą organizację nie odbije się teraz takim echem po świecie, jak gdybym pościgał się z Malfoyami o kolację z panem, dajcie mi więc namieszać wam w głowach, żeby mnie nie zostawić z poczuciem straconego czasu. Zgoda?
To powiedziawszy, Dolohov podniósł ze stolika swoją szklaną kulę. Ta momentalnie zaszła dymem, jakby tylko czekała na jego dotyk. W siwych kłębach toczących się pod jej powierzchnią niby nie dało dopatrzeć się niczego konkretnego, ale Vakel zdawał się dostrzegać w tym chaosie absolutnie wszystko.
- Widzi pan, panie Longbottom – zaczął poważnym tonem, spoglądając to na niego, to na kulę, którą uniósł w górze. A potem jego twarz przekrzywiła się i dodał, tonem kompletnie innym – jeśliś myślała, że – i znowu wrócił do bycia normalnym sobą. – Widzę w pana oku coś – kiedyś było – jeszcze. Cokolwiek ściągnie na pana to limo, ściągnie na pana – pomiędzy wami źle, to się zdziwisz. – Szarpnęło go w dół, ale Dolohov zdawał się w ogóle tego nie zauważać. To było trochę tak, jakby był rozszczepieńcem walczącym o kontrolę nad ciałem – raz się dumnie uśmiechał i bredził o tym, co dostrzegał w nicości, a potem nagle snuł drugą historię, ewidentnie skierowaną do Mavelle. – Niechże spojrzę... – do czego może zaprowadzić wasz los. – Widzę w kuli dom i każdy amator przewidziałby w tym pewnie – będziesz rzygała rzygała rzygała – zaciął się – kwiatami do miski – bezpieczeństwo, ale ja widzę w tym dosłowność – chodzi o dom, nie wiem, czy ten, w którym pan mieszka - Spróbuj uwiązać tego psa jeszcze raz, to – czy inny dom, ale na pewno jakiś panu bliski. To – do miski – to, co panu zniszczy wzrok, pociągnie za sobą dach. Ironicznie, skoro to mi sugerował pan przed chwilą zakładanie nowych zaklęć zabezpieczających.
Po tym tragikomicznym wystąpieniu widać było w jego oczach jakąś iskrę. On kompletnie nie wiedział, że przekazał im jakąś wiadomość pomiędzy wierszami i... Może ta żona po prostu od niego uciekła?
- Jak się to panu spełni, zapraszam do Praw Czasu. Wieloma rzeczami mogę was jeszcze zaskoczyć.
Po gabinecie rozległo się delikatne stukanie w drzwi. To Trelawney zasygnalizował, że kolejna klientka niecierpliwiła się już czekaniem.
with all due respect, which is none