Zacisnął usta, słysząc wypowiedź Nell, jednak postanowił nie konfrontować ją z tym że niezbyt wierzy w tę wersję. Może miał zbyt wysokie zdanie o kuzynie, ale wątpił, aby tak po prostu zaprosił ducha do swojego ciała. Duchy z Egiptu mogły różnić się od tych rezydujących w Wielkiej Brytanii, ale Anwar nie mógł im tak w pełni ufać. Poza tym mieli do czynienia z kobietą, która za życia popierała Grindelwalda. Może jej esencja była na tyle silna, że zdołała wedrzeć się do ciała Jamila siłą?
— Cóż, najważniejsze, że się udało i... — Nie zdołał dokończyć myśli, gdyż wtedy do dyskusji włączył się Shafiq. Zamrugał zdziwiony tymi rewelacjami. Jak to... Śmierciożercy? Na Beltane. Jego policzki momentalnie stały się czerwone, a spojrzenie poczęło latać od prawej do lewej. — Przecież na Ostarze było bezpiecznie...
Wziął głęboki oddech, starając się zachować spokój. Wrócił pamięcią do listów, które wymienił jakiś czas temu z innymi osobami z rodziny. Faktycznie wspominali coś o tym, że ochrona w tym roku miała być nieco zaostrzona. Ba, pracownicy Ministerstwa Magii mieli być nawet bardziej widoczni niż na ostatnim święcie.
— Wspominali coś o tym, że na Beltane przydzielono obstawę z Ministerstwa Magii na wypadek kłopotów. Nie miałem pojęcia, że oczekiwali ataku. Jego ataku.. — Wbił ciężkie spojrzenie w Cathala, a po chwili przeniósł je na Letę. — Co... Co tam widzieliście? Było... Było źle?
Nawet jego uwadze nie uszły ostatnie tarcia społeczno-polityczne, jakie objęły Londyn i jego okolice. Konflikt na linii przedstawicieli obecnej władzy, a zwolenników Czarnego Pana coraz bardziej się nasilał, ale w głowie mu się nie mieściło, że ktoś mógłby wpaść na pomysł zaatakowania sabatu! Czy Śmierciożercy zdążyli już porzucić swe przekonania o świętości czystej krwi? To przecież wokół tego się to wszystko kręciło. Nienawiść do tych, którzy byli zdaniem innych niżej, bo byli gorsi. Ale atak w samo serce jednego z najważniejszych magicznych obrzędów?
— Powinienem się odezwać do krewnych — wymamrotał pod nosem, chociaż sam nie wiedział, jaki był sens w tego typu działaniu. Większość Macmillanów, zgodnie z tradycją, uczestniczyła w sabacie, więc albo brała właśnie udział w koszmarze, który miał miejsce na polanie lub zbiegli w bezpieczne miejsce. — Mam nadzieję, że ktoś już powiadomił aurorów i pogotowie ratunkowe.
Sebastian przełknął głośno ślinę, chodząc z kąta w kąta. O ile Leta miała rację i magia faktycznie zwariowała, to możliwe, że doszło tam do czegoś więcej niż do zbrojnego starcia z siłami bezpieczeństwa Ministerstwa Magii. Polana była magicznym miejscem, jednym z tych, które co poniektórzy kapłani kowenu śmiało uznaliby za święte. A skoro magia zwariowała chwilę później... Możliwe, że więcej niż jeden departament będzie miał pełne ręce roboty.
— Próbowaliście sprawdzić radio? — rzucił niespodziewanie, szukając wzrokiem urządzenia. Może do mediów przedostały się już pierwsze przecieki z miejsca zdarzenia. — M-może już coś wiedzą. Pchanie się na własną rękę do takich miejsc... Nierozsądne, nierozsądne.
Zaczął ocierać jedną dłonią o drugą, myśląc gorączkowo, ale jednocześnie starając się zachować spokój. Jego umysł momentalnie zalała fala wątpliwości i zmartwień. Nie uczestniczył w uroczystościach również dlatego, że nie chciał zawadzać. Jaki byłby z niego użytek, skoro mógłby co najwyżej pomagać przy którymś kramie? Poza tym święto miłości nie było zbytnio w jego stylu, a teraz... Teraz i tak nie wiedział, co mógłby zrobić, aby pomóc. Nie z Londynu, nie gdy był wiele kilometrów od centrum zdarzeń. Nie przy swoim braku umiejętności w pojedynkowaniu się.