18.06.2023, 15:06 ✶
- Nie zapominam – zapewnił Cathal, przez moment nawet kąciki ust drgnęły mu lekko. Jak mógłby zapomnieć? – Mam wrażenie, że w waszych snach się mnie nie spodziewał, ale kto wie, może było inaczej. A co do waszych ojców… mam na myśli raczej wspólną sprawę. Ojciec Lety to sędzia, Chester to auror, zemsta nie byłaby czymś nadzwyczajnym.
Wtedy on byłby albo przypadkową ofiarą, którą wybrano, bo pokrzyżował plany zabójstwa w snach, albo ta sprawa miałaby coś wspólnego z którymś z jego krewnych – co też nie byłoby nadzwyczajne. Ojciec Cathala nie żył od lat, ale pracował w Ministerstwie, ojczym narobił sobie wrogów, a Gauntowie…
…nie warto było nawet mówić o Gauntach.
Tę teorię jednak Shafiq dość szybko zepchnął na bok. Zmarszczył czoło, kiedy Leta i Ulysses zaczęli mówić o Wellingtonie. Wyglądało na to, że choć pozornie obracali się w dość różnych kręgach, z tym konkretnym osobnikiem wszyscy mieli na pieńku.
I gdy Cathal odtworzył sobie teraz jego sylwetkę przed oczyma… musiał przyznać, że był całkiem podobny do mężczyzny ze snów. Nie identyczny. Ale może się… odmłodził? Wellington był dokładnie tego samego wzrostu, miał oczy w identycznym kolorze, też był brunetem, ale trochę bardziej łysym i trochę bardziej korpulentnym. Jeżeli mógł zabijać w snach, czemu nie miałby zmienić własnego wyglądu?
- Któreś z was widziało go ostatnio? – spytał z nagłą czujnością. – Wellington chciał prowadzić wykopaliska w Walii, ale sprawę powierzono Shafiqom. Podobno się tym wściekł. Poza tym wrzuciłem do kosza jego wyliczenia do Egiptu – wyjaśnił krótko, a potem zamilkł na długą chwilę: odtwarzał w głowie wszystko, co wiedział o tym mężczyźnie, każde spotkanie, pracę naukową, zasłyszaną plotkę… Opuścił w końcu jasnowłosą głowę i utkwił spojrzenie w jednej z ksiąg na stoliku.
Magia słów.
- Poza numerologią i historią magii, interesował się wróżbiarstwem. Zwłaszcza snami proroczymi. Przez dwa lata pracował w Departamencie Tajemnic. Chodziły plotki, że wyrzucono go stamtąd, bo przeprowadził jakiś nieudany eksperyment – powiedział bardzo powoli, jakby starannie ważył każde słowo. Wellington mieszkał w Little Hangleton, był więc blisko i jego domu, i posiadłości Rookwoodów. Cathal spotkał go tamtego dnia, gdy zdawało się mu, że ktoś go śledzi. Mężczyzna nie cierpiał ich wszystkich. Jeśli Ulysses miał rację i chodziłoby o niego, od niego by się zaczęło, to Wellington nie cierpiał go od dawna i miał co najmniej dwa dość świeże powody, żeby go nie cierpieć.
Oczywiście, nie było powiedziane, że to on.
Ale zdawał się niezłym punktem zaczepienia.
– Chyba trzeba będzie… trochę popytać – stwierdził w końcu, a potem znów się uśmiechnął. Dość zimno. – Myślę, że na wstępie pójdę zamienić parę słów z Wellingtonem.
Nie była to metafora, Cathal nie planował od razu iść i go zamordować.
Najpierw trzeba było się upewnić, że to on jest jego celem. Porozmawiać. Zobaczyć, jak zareaguje. Co powie.
Na mordowanie przyjdzie czas później.
Wtedy on byłby albo przypadkową ofiarą, którą wybrano, bo pokrzyżował plany zabójstwa w snach, albo ta sprawa miałaby coś wspólnego z którymś z jego krewnych – co też nie byłoby nadzwyczajne. Ojciec Cathala nie żył od lat, ale pracował w Ministerstwie, ojczym narobił sobie wrogów, a Gauntowie…
…nie warto było nawet mówić o Gauntach.
Tę teorię jednak Shafiq dość szybko zepchnął na bok. Zmarszczył czoło, kiedy Leta i Ulysses zaczęli mówić o Wellingtonie. Wyglądało na to, że choć pozornie obracali się w dość różnych kręgach, z tym konkretnym osobnikiem wszyscy mieli na pieńku.
I gdy Cathal odtworzył sobie teraz jego sylwetkę przed oczyma… musiał przyznać, że był całkiem podobny do mężczyzny ze snów. Nie identyczny. Ale może się… odmłodził? Wellington był dokładnie tego samego wzrostu, miał oczy w identycznym kolorze, też był brunetem, ale trochę bardziej łysym i trochę bardziej korpulentnym. Jeżeli mógł zabijać w snach, czemu nie miałby zmienić własnego wyglądu?
- Któreś z was widziało go ostatnio? – spytał z nagłą czujnością. – Wellington chciał prowadzić wykopaliska w Walii, ale sprawę powierzono Shafiqom. Podobno się tym wściekł. Poza tym wrzuciłem do kosza jego wyliczenia do Egiptu – wyjaśnił krótko, a potem zamilkł na długą chwilę: odtwarzał w głowie wszystko, co wiedział o tym mężczyźnie, każde spotkanie, pracę naukową, zasłyszaną plotkę… Opuścił w końcu jasnowłosą głowę i utkwił spojrzenie w jednej z ksiąg na stoliku.
Magia słów.
- Poza numerologią i historią magii, interesował się wróżbiarstwem. Zwłaszcza snami proroczymi. Przez dwa lata pracował w Departamencie Tajemnic. Chodziły plotki, że wyrzucono go stamtąd, bo przeprowadził jakiś nieudany eksperyment – powiedział bardzo powoli, jakby starannie ważył każde słowo. Wellington mieszkał w Little Hangleton, był więc blisko i jego domu, i posiadłości Rookwoodów. Cathal spotkał go tamtego dnia, gdy zdawało się mu, że ktoś go śledzi. Mężczyzna nie cierpiał ich wszystkich. Jeśli Ulysses miał rację i chodziłoby o niego, od niego by się zaczęło, to Wellington nie cierpiał go od dawna i miał co najmniej dwa dość świeże powody, żeby go nie cierpieć.
Oczywiście, nie było powiedziane, że to on.
Ale zdawał się niezłym punktem zaczepienia.
– Chyba trzeba będzie… trochę popytać – stwierdził w końcu, a potem znów się uśmiechnął. Dość zimno. – Myślę, że na wstępie pójdę zamienić parę słów z Wellingtonem.
Nie była to metafora, Cathal nie planował od razu iść i go zamordować.
Najpierw trzeba było się upewnić, że to on jest jego celem. Porozmawiać. Zobaczyć, jak zareaguje. Co powie.
Na mordowanie przyjdzie czas później.