18.06.2023, 17:19 ✶
Nie grała w szkolnej drużynie, chociaż zdarzało się jej myśleć o dołączeniu — książki jednak pochłaniały zbyt dużo czasu Pandory, nie wspominając o wypełnianiu obowiązków płynących z noszonej przez nią odznaki. Starała się zawsze być w tym sumienna, chociaż jeśli wykroczenie nie naruszało aż tylu punktów regulaminu i nie niosło za sobą żadnych przykrych konsekwencji, łatwo było ją przekonać, aby skończyło się na upomnieniu. Wcale nie lubiła karać ludzi, nie lubiła odejmować tych drobnych punktów swoim kolegom i koleżankom. W związku z zajmowanym przez nią stanowiskiem znała nazwiska pozostałych prefektów oraz kapitanów drużyn, więc widok zbliżającego się Moodyego nie powinien być dla niej takim zaskoczeniem. Słyszała same pochlebne opinie na temat Gryfona, który z pasją i z sercem podchodził zarówno do sportu, jak i swoich zawodników, będąc powszechnie w swoim domu, ale też chyba trochę poza nim, uwielbianym.
Brązowe tęczówki Prewettówny z zaciekawieniem przemknęły po jego twarzy, będąc tylko odrobinę pod wrażeniem postawy, jaką przyjął oraz bijącego z niej spokoju wraz z pewnością siebie. Typowy Kapitan. Echo roznosiło się coraz głośniej, odbijając się w jej uszach, ciągnąc aż pod kamienny sufit, wzbudzając przy tym zaciekawienie wiszących na zamkowych korytarzach obrazów. Te i tak tu się zbiegły, kilka postaci tłoczyło się w pozłacanych ramach, szepcząc pomiędzy sobą i komentując całą sytuację. Nie było właściwie powodu ich winić, bo co za nudne życie te ożywione malowidła musiały mieć? Charlie wyglądał na zdyszanego, wpatrywał się w plecy — swojego idola, przynajmniej tak zinterpretowała to spojrzenie brunetka. Gdy Moody złapał delikwenta za ucho, skrzyżowała ręce pod biustem i przekręciła głowę na bok, nieco zaskoczona wymierzoną przez kapitana karą. Cóż, rozciąganie ucha nie było może najładniejszą i najbezpieczniejszą metodą, ale zdawała się działać, bo chłopakowi zdawały się zaszklić oczy, jakby miał się rozpłakać.
- Czy to nie byłaby odpowiednia kara? Widziałeś korytarz i tę biedną dziewczynę? - odparła tylko z delikatnym wzruszeniem ramion, przenosząc wzrok z targanego za ucho i piszczącego zawodnika, na jego kapitana. Jej w tym wszystkim było Pandorze szkoda najbardziej, bo znalazła się nie dość, że w niewłaściwym miejscu i w nieodpowiednim czasie, to jeszcze miała nazbyt kreatywnego adoratora. W wymówkę o tym, że to z sympatii wierzyła jednak coraz mniej, chociaż metody zwracania na siebie uwagi przez młodzież, były coraz bardziej zaskakujące. Kiedy listy lub zaczepienie na korytarzu przestało być na czasie, a odpalało się fajerwerki od Zonka? I to te kapryśne. Oczywiście, mecze, puchary i miotły im tylko w głowach, teraz kiedy zbliżało się rozstrzygnięcie, do kogo puchar będzie należał. - Alstorze. - odpowiedziała mu imieniem, na swoje własne, skupiając już całkiem na nim uwagę. Rozluźniła dłonie, pozwalając im opaść leniwie wzdłuż ciała, wygładzając w międzyczasie materiał szkolnej spódnicy, kraciasty i sięgający przed kolano. Na jego słowa ciche, jakby rozbawione prychnięcie uciekło spomiędzy warg, a ruch głowy sprawił, że burza brązowych włosów przeniosła się na plecy, niezbyt chętnie słuchając polecenia nastolatki. - No cześć. Wiesz, że nie mogę na to pozwolić. Złamał więcej, niż jeden czy dwa punkty szkolnego regulaminu, a do tego wcale nie wyglądali, jakby było im przykro. Ba, mieli niezły ubaw z traumatyzowania koleżanek. - gdyby to była głupota, ot, drobne przewinienie — byłoby zupełnie inaczej, a tak, Pandora czuła, jakby miała związane ręce. Nigdy nie postępowała wbrew sobie, a tym razem po prostu czuła, że nie mogła puścić tego płazem. Z drugiej jednak strony wiedziała, jaka drużyna jest ważna dla każdego ze stojących tu chłopców i jak ciężko pracowali na treningach, aby podczas meczów być w szczycie swojej formy. - Myślisz, że Pani Profesor McGonagall go zawiesi? - zapytała mimowolnie, nie kontrolując słów, o których tylko pomyślała, a które znalazły jednak swoje ujście. Nie uciekła jednak spojrzeniem od Moodyego, machając na niego ręką, aby zostawił już mu to ucho, bo wyglądał na zawstydzonego i jednocześnie z trudem powstrzymującego chęć, aby się rozpłakać.
Brązowe tęczówki Prewettówny z zaciekawieniem przemknęły po jego twarzy, będąc tylko odrobinę pod wrażeniem postawy, jaką przyjął oraz bijącego z niej spokoju wraz z pewnością siebie. Typowy Kapitan. Echo roznosiło się coraz głośniej, odbijając się w jej uszach, ciągnąc aż pod kamienny sufit, wzbudzając przy tym zaciekawienie wiszących na zamkowych korytarzach obrazów. Te i tak tu się zbiegły, kilka postaci tłoczyło się w pozłacanych ramach, szepcząc pomiędzy sobą i komentując całą sytuację. Nie było właściwie powodu ich winić, bo co za nudne życie te ożywione malowidła musiały mieć? Charlie wyglądał na zdyszanego, wpatrywał się w plecy — swojego idola, przynajmniej tak zinterpretowała to spojrzenie brunetka. Gdy Moody złapał delikwenta za ucho, skrzyżowała ręce pod biustem i przekręciła głowę na bok, nieco zaskoczona wymierzoną przez kapitana karą. Cóż, rozciąganie ucha nie było może najładniejszą i najbezpieczniejszą metodą, ale zdawała się działać, bo chłopakowi zdawały się zaszklić oczy, jakby miał się rozpłakać.
- Czy to nie byłaby odpowiednia kara? Widziałeś korytarz i tę biedną dziewczynę? - odparła tylko z delikatnym wzruszeniem ramion, przenosząc wzrok z targanego za ucho i piszczącego zawodnika, na jego kapitana. Jej w tym wszystkim było Pandorze szkoda najbardziej, bo znalazła się nie dość, że w niewłaściwym miejscu i w nieodpowiednim czasie, to jeszcze miała nazbyt kreatywnego adoratora. W wymówkę o tym, że to z sympatii wierzyła jednak coraz mniej, chociaż metody zwracania na siebie uwagi przez młodzież, były coraz bardziej zaskakujące. Kiedy listy lub zaczepienie na korytarzu przestało być na czasie, a odpalało się fajerwerki od Zonka? I to te kapryśne. Oczywiście, mecze, puchary i miotły im tylko w głowach, teraz kiedy zbliżało się rozstrzygnięcie, do kogo puchar będzie należał. - Alstorze. - odpowiedziała mu imieniem, na swoje własne, skupiając już całkiem na nim uwagę. Rozluźniła dłonie, pozwalając im opaść leniwie wzdłuż ciała, wygładzając w międzyczasie materiał szkolnej spódnicy, kraciasty i sięgający przed kolano. Na jego słowa ciche, jakby rozbawione prychnięcie uciekło spomiędzy warg, a ruch głowy sprawił, że burza brązowych włosów przeniosła się na plecy, niezbyt chętnie słuchając polecenia nastolatki. - No cześć. Wiesz, że nie mogę na to pozwolić. Złamał więcej, niż jeden czy dwa punkty szkolnego regulaminu, a do tego wcale nie wyglądali, jakby było im przykro. Ba, mieli niezły ubaw z traumatyzowania koleżanek. - gdyby to była głupota, ot, drobne przewinienie — byłoby zupełnie inaczej, a tak, Pandora czuła, jakby miała związane ręce. Nigdy nie postępowała wbrew sobie, a tym razem po prostu czuła, że nie mogła puścić tego płazem. Z drugiej jednak strony wiedziała, jaka drużyna jest ważna dla każdego ze stojących tu chłopców i jak ciężko pracowali na treningach, aby podczas meczów być w szczycie swojej formy. - Myślisz, że Pani Profesor McGonagall go zawiesi? - zapytała mimowolnie, nie kontrolując słów, o których tylko pomyślała, a które znalazły jednak swoje ujście. Nie uciekła jednak spojrzeniem od Moodyego, machając na niego ręką, aby zostawił już mu to ucho, bo wyglądał na zawstydzonego i jednocześnie z trudem powstrzymującego chęć, aby się rozpłakać.