19.06.2023, 02:47 ✶
- Ojejku, a co mi zrobicie w tym Ministerstwie? Możesz się oszukiwać, ale dobrze wiesz, że najgorszą karą, jaka mnie spotka, jest więzienie, a tym, co spotka każdego, kto sprzeciwi się tej sprawie, będzie śmierć.
Nieudane zaklęcie nie wywołało żadnego efektu, a Śmierciożerca uporczywie walczył z zaklęciem, które krępowało jego ruchy. Próbował zrobić to siłowo, korzystając z czasu, jaki minął od jego rzucenia i tego, że Longbottom ostatecznie nie pozwoliła mu całkowicie opaść z sił. Skutecznie żerował na dawanych mu szansach.
- Pani Moody żyje? - Zapytała się Moss, jakby dla pewności. - Ja żyję? - Jej mina wpierw nie wyrażała nic, a później... uśmiechnęła się serdecznie. Była dziewczyną dobrą i troskliwą, potrafiła patrzeć na życie pozytywnie i dobre słowo wyraźnie ją wzmocniło. - Ta chwila wydaje mi się być... bardzo krucha... ale dziękuję.
Nawet w dłoniach śmierci, potrafiła nie załamać się kompletnie. Było to niewątpliwie wielkim darem i dowodem olbrzymiej niezłomności.
A tuż za nią, tam, gdzie się próbowała przez moment spojrzeć, ale zaniechała tego działania, wiatr szumiał coraz głośniej, zagłuszając wypowiadane przez nią słowa, ale i myśli. Wasza czwórka wciąż pozostawała bezpieczna, ale ci, którzy opuścili ten krąg, musieli zapłacić za to narastającym z każdą sekundą zagrożeniem ze strony żywiołu.
- Cholerni tchórze... Gdyby nie to, że Moss wpadła w pierwszą pułapkę, to... - Mamrotała pod nosem Harper, ewidentnie roztrzęsiona. Moody była kobietą silną i wyjątkową - właściwie, to nigdy żadne z was nie miał okazji widzieć jej w aż tak złym stanie - trzęsącą się, zmarzniętą, przerażoną mimo niemal braku odniesionych ran. Trochę ją obili, ale dla niej to powinno być nic - dlaczego więc zdawała się być niemal na granicy płaczu? Odpowiedziała na rzucone przez Mistrza Gry pytanie dopiero po chwili, kiedy ona i Brenna postawiły kilka kroków z dala od linii drzew. - Nie możemy iść do lasu, a jeżeli musimy, to uważajcie na siebie. Tam jest coś złego... Przerażającego, jak bogin, ale to nie są boginy, to nie jest coś, co potrafię opisać.
Kobieta momentalnie spoważniała. Rozedrgane dłonie zacisnęły się na moment na ubraniu Alastora, jakby poszukiwała w tym dotyku stabilizacji. W tym czasie Charles musiał zmierzyć się z dwiema rzeczami - po pierwsze Heather czuła się coraz gorzej. Mimo pogarszającego się stanu i coraz większego opadania z sił spróbowała nierozważnie użyć zaklęcia, co przypieczętowało jej stan - zaczęło kręcić jej się w głowie i nie była w stanie ruszyć się już wcale - opadła na piasek i zamknęła oczy. Po drugie - wiatr narastał z każdą chwilą i chociaż przekroczenie linii dzielącej ich od okręgu, w jakim znajdowały się ogniska, było zaledwie krokiem, to nie wydawało się być krokiem bezpiecznym. Coś z tym wiatrem było nie tak i z tak bliskiej odległości mogłeś dostrzec, że wydobywał się on spod ziemi. I o ile cię nie myliły oczy (a szczerze mówiąc - o to trudno nie było, bo ilość piasku, jaka unosiła się w powietrzu, sprawiała, że czułeś się jeszcze gorzej niż po wybuchu, który wzniósł Śmierciożercom zasłonę dymną) dół tego wiru stawał się niebieski, jakby coś go od spodu podpalało błękitnym ogniem.
- Co to kurwa jest?? - Moody nie szczędziła języka, wpatrując się w powstały wir. Splunęła na ziemię, ale ślina odleciała gdzieś dalej, uniesiona przez wiatr. - Może pod ziemię, albo za wzniesienie? - Zasugerowała. Machnęła różdżką, ale nic się nie stało. - Nie mogę się teleportować. - Puściła Alastora, wpatrując się w zwłoki kamiennego olbrzyma i cokolwiek wywołał Voldemort swoimi działaniami. Bo co to było? Bunt żywiołów? Z czym on igrał? - Pierwszy raz się kurwa cieszę, że się nie dostałam do Departamentu Tajemnic.
Zobaczyliście, jak ten wir wiatru zostaje przecięty błyskawicą. Później drugą. Niebieski piorun przeszył jej powierzchnię, ale nie słyszeliście grzmotu. Widzieliście coraz mniej - otaczał was piasek, ale wciąż byliście blisko siebie. Zdani wyłącznie na swój instynkt obserwowaliście, jak wir pęcznieje, a później kurczy się, a później znów pęcznieje i kurczy się, ale za każdym razem robi się coraz większy i większy i krzywy i niestabilny... mogliście więc dojść do wniosku, że cokolwiek się tutaj formowało, za moment pęknie.
Pozbawiony świstoklika Stanley musiał obserwować, jak delikatna szyszka odlatuje w nieznane. Może warto było zasugerować coś cięższego? Silny podmuch wiatru powalił cię na ziemię i przesunął w stronę linii drzew.
Brenna utrzymała się na nogach cudem - tylko i wyłącznie jej zwinność pozwoliła na uniknięcie lecącego od prawej strony stołu, ale tego samego szczęścia nie miał Alastor, który co prawda stołu uniknął, ale przypłacił to karykaturalnym upadkiem na piasek, po którym przesunął się jeszcze o dwa metry, niesiony mocą kolejnego podmuchu. Jego kuzynka stała stabilnie - nie miała kłopotów z zachowaniem równowagi, a jej czujne oczy obserwowały okolicę w poszukiwaniu jakiegokolwiek schronienia.
Charles utrzymał się na równych nogach, ale został odsunięty od linii wiatru, którą chciał przekroczyć w celu dostania się do bezpiecznego kręgu. Heather, nieprzytomna i puszczona przez walczącego z wiatrem chłopaka, przetoczyła się z dwa metry dalej po czym zatrzymała się z twarzą wciśniętą w piach.
Nad waszymi głowami zebrały się chmury formujące się w wielki wir. Ale ten wir wyjątkowo nie miał nic wspólnego ze ścianą wiatru. W jego centrum pojawiła się wielka czaszka. Ktoś użył zaklęcia Morsmordre, a nad Polaną Ognisk pojawił się Mroczny Znak.
To jest wasza ostatnia tura. Ostatnia osoba kończy przygodę w wątku znacznikiem końca sesji. Nie musicie na nic rzucać, ale musicie opisać w swoim poście taktykę, jaką obieracie w celu schronienia się przed wiatrem. Każdy opisuje to w imieniu swojej postaci, niezależnie od reszty. Heather jest nieprzytomna, nie reaguje więc na ten post wcale. Chester odleciał - również nie odpisuje. W przypadku Erika i Danielle - pozostają bezpieczni od wiatru i ostatnią akcję mogą poświęcić na próbę unieruchomienia Śmierciożercy. Mistrz Gry wykona swoje rzuty i podsumuje tę przygodę, konstruując wasz Rachunek Sumienia.
Nieudane zaklęcie nie wywołało żadnego efektu, a Śmierciożerca uporczywie walczył z zaklęciem, które krępowało jego ruchy. Próbował zrobić to siłowo, korzystając z czasu, jaki minął od jego rzucenia i tego, że Longbottom ostatecznie nie pozwoliła mu całkowicie opaść z sił. Skutecznie żerował na dawanych mu szansach.
- Pani Moody żyje? - Zapytała się Moss, jakby dla pewności. - Ja żyję? - Jej mina wpierw nie wyrażała nic, a później... uśmiechnęła się serdecznie. Była dziewczyną dobrą i troskliwą, potrafiła patrzeć na życie pozytywnie i dobre słowo wyraźnie ją wzmocniło. - Ta chwila wydaje mi się być... bardzo krucha... ale dziękuję.
Nawet w dłoniach śmierci, potrafiła nie załamać się kompletnie. Było to niewątpliwie wielkim darem i dowodem olbrzymiej niezłomności.
A tuż za nią, tam, gdzie się próbowała przez moment spojrzeć, ale zaniechała tego działania, wiatr szumiał coraz głośniej, zagłuszając wypowiadane przez nią słowa, ale i myśli. Wasza czwórka wciąż pozostawała bezpieczna, ale ci, którzy opuścili ten krąg, musieli zapłacić za to narastającym z każdą sekundą zagrożeniem ze strony żywiołu.
- Cholerni tchórze... Gdyby nie to, że Moss wpadła w pierwszą pułapkę, to... - Mamrotała pod nosem Harper, ewidentnie roztrzęsiona. Moody była kobietą silną i wyjątkową - właściwie, to nigdy żadne z was nie miał okazji widzieć jej w aż tak złym stanie - trzęsącą się, zmarzniętą, przerażoną mimo niemal braku odniesionych ran. Trochę ją obili, ale dla niej to powinno być nic - dlaczego więc zdawała się być niemal na granicy płaczu? Odpowiedziała na rzucone przez Mistrza Gry pytanie dopiero po chwili, kiedy ona i Brenna postawiły kilka kroków z dala od linii drzew. - Nie możemy iść do lasu, a jeżeli musimy, to uważajcie na siebie. Tam jest coś złego... Przerażającego, jak bogin, ale to nie są boginy, to nie jest coś, co potrafię opisać.
Kobieta momentalnie spoważniała. Rozedrgane dłonie zacisnęły się na moment na ubraniu Alastora, jakby poszukiwała w tym dotyku stabilizacji. W tym czasie Charles musiał zmierzyć się z dwiema rzeczami - po pierwsze Heather czuła się coraz gorzej. Mimo pogarszającego się stanu i coraz większego opadania z sił spróbowała nierozważnie użyć zaklęcia, co przypieczętowało jej stan - zaczęło kręcić jej się w głowie i nie była w stanie ruszyć się już wcale - opadła na piasek i zamknęła oczy. Po drugie - wiatr narastał z każdą chwilą i chociaż przekroczenie linii dzielącej ich od okręgu, w jakim znajdowały się ogniska, było zaledwie krokiem, to nie wydawało się być krokiem bezpiecznym. Coś z tym wiatrem było nie tak i z tak bliskiej odległości mogłeś dostrzec, że wydobywał się on spod ziemi. I o ile cię nie myliły oczy (a szczerze mówiąc - o to trudno nie było, bo ilość piasku, jaka unosiła się w powietrzu, sprawiała, że czułeś się jeszcze gorzej niż po wybuchu, który wzniósł Śmierciożercom zasłonę dymną) dół tego wiru stawał się niebieski, jakby coś go od spodu podpalało błękitnym ogniem.
- Co to kurwa jest?? - Moody nie szczędziła języka, wpatrując się w powstały wir. Splunęła na ziemię, ale ślina odleciała gdzieś dalej, uniesiona przez wiatr. - Może pod ziemię, albo za wzniesienie? - Zasugerowała. Machnęła różdżką, ale nic się nie stało. - Nie mogę się teleportować. - Puściła Alastora, wpatrując się w zwłoki kamiennego olbrzyma i cokolwiek wywołał Voldemort swoimi działaniami. Bo co to było? Bunt żywiołów? Z czym on igrał? - Pierwszy raz się kurwa cieszę, że się nie dostałam do Departamentu Tajemnic.
Zobaczyliście, jak ten wir wiatru zostaje przecięty błyskawicą. Później drugą. Niebieski piorun przeszył jej powierzchnię, ale nie słyszeliście grzmotu. Widzieliście coraz mniej - otaczał was piasek, ale wciąż byliście blisko siebie. Zdani wyłącznie na swój instynkt obserwowaliście, jak wir pęcznieje, a później kurczy się, a później znów pęcznieje i kurczy się, ale za każdym razem robi się coraz większy i większy i krzywy i niestabilny... mogliście więc dojść do wniosku, że cokolwiek się tutaj formowało, za moment pęknie.
Pozbawiony świstoklika Stanley musiał obserwować, jak delikatna szyszka odlatuje w nieznane. Może warto było zasugerować coś cięższego? Silny podmuch wiatru powalił cię na ziemię i przesunął w stronę linii drzew.
Brenna utrzymała się na nogach cudem - tylko i wyłącznie jej zwinność pozwoliła na uniknięcie lecącego od prawej strony stołu, ale tego samego szczęścia nie miał Alastor, który co prawda stołu uniknął, ale przypłacił to karykaturalnym upadkiem na piasek, po którym przesunął się jeszcze o dwa metry, niesiony mocą kolejnego podmuchu. Jego kuzynka stała stabilnie - nie miała kłopotów z zachowaniem równowagi, a jej czujne oczy obserwowały okolicę w poszukiwaniu jakiegokolwiek schronienia.
Charles utrzymał się na równych nogach, ale został odsunięty od linii wiatru, którą chciał przekroczyć w celu dostania się do bezpiecznego kręgu. Heather, nieprzytomna i puszczona przez walczącego z wiatrem chłopaka, przetoczyła się z dwa metry dalej po czym zatrzymała się z twarzą wciśniętą w piach.
Nad waszymi głowami zebrały się chmury formujące się w wielki wir. Ale ten wir wyjątkowo nie miał nic wspólnego ze ścianą wiatru. W jego centrum pojawiła się wielka czaszka. Ktoś użył zaklęcia Morsmordre, a nad Polaną Ognisk pojawił się Mroczny Znak.
Wykonane rzuty: tutaj.
To jest wasza ostatnia tura. Ostatnia osoba kończy przygodę w wątku znacznikiem końca sesji. Nie musicie na nic rzucać, ale musicie opisać w swoim poście taktykę, jaką obieracie w celu schronienia się przed wiatrem. Każdy opisuje to w imieniu swojej postaci, niezależnie od reszty. Heather jest nieprzytomna, nie reaguje więc na ten post wcale. Chester odleciał - również nie odpisuje. W przypadku Erika i Danielle - pozostają bezpieczni od wiatru i ostatnią akcję mogą poświęcić na próbę unieruchomienia Śmierciożercy. Mistrz Gry wykona swoje rzuty i podsumuje tę przygodę, konstruując wasz Rachunek Sumienia.