19.06.2023, 12:48 ✶
Nie odpowiedziała Moody’m – nie dlatego, że nie chciała, ale ledwo skończyli mówić, a ona już skupiała się na unikaniu stołów, utrzymaniu na nogach i piasku uderzającym w twarz. Poza tym co mogłaby powiedzieć? Problem polegał na tym, że bezpieczni mogli być jedynie przy ogniu. Gdy wiatr się nasilił i okazało, że nie mogą wrócić... nie istniał już żaden kierunek, w którym mogliby się schronić.
Wbiegnięcie tu na pewno nie było mądre, ale Brenna zrobiłaby to i drugi, i trzeci, i każdy następny raz - było oczywiste, że jeśli gdzieś trwała walka, i biegli tam Alastor i Charlie, musiałaby pobiec za nimi. Zwłaszcza za tym drugim: Moody był aurorem, w którego zdolności wierzyła, ale za młodego "Fitzpatricka" czuła się odpowiedzialna. I nie żałowała tego nawet w chwili, w której cudem umknęła przed lecącym w pobliżu stołem.
Nie mogłaby stać po drugiej stronie tej zawiei, wiedząc, że oni tu walczą o życie.
Podobnie jak teraz. Nie było mowy o tym, by Brenna próbowała skryć za wzgórzami, biegła do lasu, próbowała się teleportować czy goniła śmierciożercę, któremu Alastor wytrącił świstoklika. Nie, kiedy Wood znalazła się w takim położeniu. Skoro Harper udało się podnieść na nogi, a Heather została wyrwana z ramion przyjaciela i padła nieprzytomna, Brenna rzuciła się w jej stronę. Nawet jeżeli miałaby za to zapłacić porwaniem przez wiatr, nie byłaby sobą, gdyby postąpiła inaczej: gdyby próbowała uratować siebie i pozostawiła nieprzytomną partnerkę z twarzą wciśniętą w piach, tak że wiatr mógł porwać ją niby lalkę. A niesienie jej gdziekolwiek w takim wietrze nie miało racji bytu. Chwyciła Wood, a potem machnęła różdżką, w rozpaczy tworząc kawałek dalej dziurę, by - jeżeli się udało - się do niej zsunąć, wciąż trzymając Heather w ramionach. Dziura nie miała być bardzo głęboka – góra półtora metra, tak by zapewniła choć trochę schronienia, ale by w razie zasypania móc się z niej wykopać. Niezbyt szeroką - ot by na upartego mogły się tam ścisnąć one i jeszcze ze trzy osoby, gdyby reszta zdecydowała się skorzystać z tego schronienia, zamiast próbować uciec.
Poczekała chwilę, na wypadek, jeśli ktoś miałby do nich dołączyć (choć zapewne ucieczka była mądrzejsza, jeśli akurat nie byłeś nieprzytomny...), po czym rzuciła kolejne zaklęcie, chcąc stworzyć ochronną kopułę nad dziurą, zostawiając jedynie mały otwór. Jeżeli nie ochroniłaby ich przed podpalonym błękitnym ogniem wiatrem i tymi przedziwnymi błyskawicami, to może przynajmniej nie spadnie im na łeb żaden stół.
Może nie było to najmądrzejsze, co mogła zrobić, ale w tej chwili Brenna nie wpadła na nic lepszego. Jeżeli źle oceniła sytuację to... cóż, nie będą musieli już im kopać grobu, trzeba szukać pozytywnych stron, prawda? Mogłaby jeszcze spróbować przywołać świstoklik, ukryty w dziupli w pobliżu, ale w takim wietrze wątpiła, by tu doleciał.
A potem… tkwiła po prostu skulona, próbując osłaniać Heather by na wypadek, gdyby to był jednak bardzo głupi pomysł, zasłonić ją sobą na tyle, na ile się da. Starając się nie poddać się kompletnie rozpaczy i przerażeniu, które teraz, gdy adrenalina zaczęła opadać, ścinały jej żyły lodem. Voldemort wygrał. Oni przegrali. Uszkodził koło roku. Nie miała pojęcia, czy ona i Heather przetrwają tę wichurę, bo jej pomysł mógł okazać się błędem – i choć wiedziała przynajmniej, że Danielle i Erik byli cali i zdrowi, nie wiedziała, czy inni jej krewni i przyjaciele przeżyli atak.
Zawiedliśmy, odbijało się jej wciąż po głowie.
Ona zawiodła.
Wbiegnięcie tu na pewno nie było mądre, ale Brenna zrobiłaby to i drugi, i trzeci, i każdy następny raz - było oczywiste, że jeśli gdzieś trwała walka, i biegli tam Alastor i Charlie, musiałaby pobiec za nimi. Zwłaszcza za tym drugim: Moody był aurorem, w którego zdolności wierzyła, ale za młodego "Fitzpatricka" czuła się odpowiedzialna. I nie żałowała tego nawet w chwili, w której cudem umknęła przed lecącym w pobliżu stołem.
Nie mogłaby stać po drugiej stronie tej zawiei, wiedząc, że oni tu walczą o życie.
Podobnie jak teraz. Nie było mowy o tym, by Brenna próbowała skryć za wzgórzami, biegła do lasu, próbowała się teleportować czy goniła śmierciożercę, któremu Alastor wytrącił świstoklika. Nie, kiedy Wood znalazła się w takim położeniu. Skoro Harper udało się podnieść na nogi, a Heather została wyrwana z ramion przyjaciela i padła nieprzytomna, Brenna rzuciła się w jej stronę. Nawet jeżeli miałaby za to zapłacić porwaniem przez wiatr, nie byłaby sobą, gdyby postąpiła inaczej: gdyby próbowała uratować siebie i pozostawiła nieprzytomną partnerkę z twarzą wciśniętą w piach, tak że wiatr mógł porwać ją niby lalkę. A niesienie jej gdziekolwiek w takim wietrze nie miało racji bytu. Chwyciła Wood, a potem machnęła różdżką, w rozpaczy tworząc kawałek dalej dziurę, by - jeżeli się udało - się do niej zsunąć, wciąż trzymając Heather w ramionach. Dziura nie miała być bardzo głęboka – góra półtora metra, tak by zapewniła choć trochę schronienia, ale by w razie zasypania móc się z niej wykopać. Niezbyt szeroką - ot by na upartego mogły się tam ścisnąć one i jeszcze ze trzy osoby, gdyby reszta zdecydowała się skorzystać z tego schronienia, zamiast próbować uciec.
Poczekała chwilę, na wypadek, jeśli ktoś miałby do nich dołączyć (choć zapewne ucieczka była mądrzejsza, jeśli akurat nie byłeś nieprzytomny...), po czym rzuciła kolejne zaklęcie, chcąc stworzyć ochronną kopułę nad dziurą, zostawiając jedynie mały otwór. Jeżeli nie ochroniłaby ich przed podpalonym błękitnym ogniem wiatrem i tymi przedziwnymi błyskawicami, to może przynajmniej nie spadnie im na łeb żaden stół.
Może nie było to najmądrzejsze, co mogła zrobić, ale w tej chwili Brenna nie wpadła na nic lepszego. Jeżeli źle oceniła sytuację to... cóż, nie będą musieli już im kopać grobu, trzeba szukać pozytywnych stron, prawda? Mogłaby jeszcze spróbować przywołać świstoklik, ukryty w dziupli w pobliżu, ale w takim wietrze wątpiła, by tu doleciał.
A potem… tkwiła po prostu skulona, próbując osłaniać Heather by na wypadek, gdyby to był jednak bardzo głupi pomysł, zasłonić ją sobą na tyle, na ile się da. Starając się nie poddać się kompletnie rozpaczy i przerażeniu, które teraz, gdy adrenalina zaczęła opadać, ścinały jej żyły lodem. Voldemort wygrał. Oni przegrali. Uszkodził koło roku. Nie miała pojęcia, czy ona i Heather przetrwają tę wichurę, bo jej pomysł mógł okazać się błędem – i choć wiedziała przynajmniej, że Danielle i Erik byli cali i zdrowi, nie wiedziała, czy inni jej krewni i przyjaciele przeżyli atak.
Zawiedliśmy, odbijało się jej wciąż po głowie.
Ona zawiodła.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.