21.06.2023, 07:51 ✶
Jakoś to zawsze tak było, że ludzie chcieli to, czego nie mieli. Victoria na ten przykład wiele by dała, by pamiętać wszystko perfekcyjnie. Dopiero wtedy, gdy miałeś taką pamięć, że widziałeś wszystkie szczegóły, można było prawdziwie mówić o poznaniu tematu, zgłębieniu go w całości. A Ulysses wiele by dał, by nie pamiętać wszystkiego; tych nic nie wartych elementów życia, jałowych rozmów, bolesnych spotkań – jak to dzisiejsze. Tori powiedziałaby, że te wydarzenia nas kształtują, jakkolwiek nieprzyjemne były i sama była pewna, że zapamięta ten dom do końca życia.
Uniosła na Rookwooda spojrzenie ciemnych oczu. Sam uważał, że nie był dobry we wspieraniu, a tak po prawdzie sposób w jaki dokończył jej zdanie rzucał na niego zupełnie inne światło. Może był to przypadek, ale w tej chwili zdawał się być naprawdę łagodną duszą, która chciała poprawić drugiej osobie humor, bo słowa jakie Victoria miała na myśli były dużo gorsze, pesymistyczne. Kobieta uśmiechnęła się do swojego towarzysza.
- Nie ma ludzi idealnych – mruknęła i zapatrzyła się przez chwilę na Ulyssesa, nim w jej głowie uformowała się konkretna myśl. - Władza faktycznie uderza do głowy. Widać to po jednym jak i drugim – tyle, że obaj panowie to zachłyśnięcie się władzą pokazali na dwa różne sposoby. Według Victorii gorsze było to, że Leach mieszał w dwóch różnych światach i narażał ich na odkrycie przed mugolami. - Mam wrażenie, że takie protesty nic nie dają – że rezygnuje się z piastowanego stanowiska bo u władzy jest ktoś, kogo się nie lubi. Chociaż kilka rezygnacji przy tak kontrowersyjnym Ministrze Magii to i tak mało. Może ludzie badali wtedy nastroje… i teraz wszystkim odbijało się to czkawką. - Może. Bardzo to z jego strony krótkowzroczne – miała w zanadrzu dużo gorsze określenia, ale nie byli w barze na Nokturnie, by trzeba było nimi raczyć uszy kulturalnego Rookwooda. Zresztą nie miała potrzeby by tutaj przeklinać. No i – ciągle byli w pracy.
- Nie ma w tym niczego starczego ani twardogłowego – po takiej zapowiedzi spodziewałby się zupełnie innego wyznania, a zamiast tego Victoria uśmiechnęła się pod nosem do Ulyssesa. - To akurat sama prawda. Wiesz jak to mówią, czego oczy nie widzą tego sercu nie żal i w tym wypadku to akurat prawda – póki się o czymś nie wiedziało, nie domyślało, to serce nie miało okazji zaboleć. Nie było też o co się denerwować. W tym jednak wypadku sprawa wyglądała całkowicie inaczej, niestety. I musiała się zgodzić – obaj byli jednakowo głupi, i Leach, i sprawca tej katastrofy.
Nie umknęło uwadze Victorii, że jej towarzysz zdawał się patrzeć wszędzie tylko nie na kręcących się tutaj ludzi, nie na salon, który tak zręcznie ominął, zostając sam na sam z pokoikiem. Kiedy więc wysunął swoją propozycję, kobieta kiwnęła głową bez słowa i zdecydowanym krokiem ruszyła przez salon, przystając tylko na moment, by jednemu z amnwzjatorów szepnąć, że gdyby byli potrzebni to będą na zewnątrz. Cała tragedia rozegrała się w domu, na dworze nic się nie wydarzyło – ale każdy pretekst był przecież dobry. kiedy tak przechodzili przez pomieszczenie, Lestrange rzuciła jeszcze okiem na mugolkę, nadal wyglądała jakby wszystko wokół to tylko jakiś pokręcony, bardzo zły sen. Zupełnie nie umiała się postawić na jej miejscu, nie potrafiła odczuwać tego co ona teraz, ale… ach. Współczuła jej na jakiś tam sposób. Nie jej winą było, że nie urodziła się jako czarodziej.
- Wszystko w porządku? – zapytała, kiedy byli już na dworze.
Uniosła na Rookwooda spojrzenie ciemnych oczu. Sam uważał, że nie był dobry we wspieraniu, a tak po prawdzie sposób w jaki dokończył jej zdanie rzucał na niego zupełnie inne światło. Może był to przypadek, ale w tej chwili zdawał się być naprawdę łagodną duszą, która chciała poprawić drugiej osobie humor, bo słowa jakie Victoria miała na myśli były dużo gorsze, pesymistyczne. Kobieta uśmiechnęła się do swojego towarzysza.
- Nie ma ludzi idealnych – mruknęła i zapatrzyła się przez chwilę na Ulyssesa, nim w jej głowie uformowała się konkretna myśl. - Władza faktycznie uderza do głowy. Widać to po jednym jak i drugim – tyle, że obaj panowie to zachłyśnięcie się władzą pokazali na dwa różne sposoby. Według Victorii gorsze było to, że Leach mieszał w dwóch różnych światach i narażał ich na odkrycie przed mugolami. - Mam wrażenie, że takie protesty nic nie dają – że rezygnuje się z piastowanego stanowiska bo u władzy jest ktoś, kogo się nie lubi. Chociaż kilka rezygnacji przy tak kontrowersyjnym Ministrze Magii to i tak mało. Może ludzie badali wtedy nastroje… i teraz wszystkim odbijało się to czkawką. - Może. Bardzo to z jego strony krótkowzroczne – miała w zanadrzu dużo gorsze określenia, ale nie byli w barze na Nokturnie, by trzeba było nimi raczyć uszy kulturalnego Rookwooda. Zresztą nie miała potrzeby by tutaj przeklinać. No i – ciągle byli w pracy.
- Nie ma w tym niczego starczego ani twardogłowego – po takiej zapowiedzi spodziewałby się zupełnie innego wyznania, a zamiast tego Victoria uśmiechnęła się pod nosem do Ulyssesa. - To akurat sama prawda. Wiesz jak to mówią, czego oczy nie widzą tego sercu nie żal i w tym wypadku to akurat prawda – póki się o czymś nie wiedziało, nie domyślało, to serce nie miało okazji zaboleć. Nie było też o co się denerwować. W tym jednak wypadku sprawa wyglądała całkowicie inaczej, niestety. I musiała się zgodzić – obaj byli jednakowo głupi, i Leach, i sprawca tej katastrofy.
Nie umknęło uwadze Victorii, że jej towarzysz zdawał się patrzeć wszędzie tylko nie na kręcących się tutaj ludzi, nie na salon, który tak zręcznie ominął, zostając sam na sam z pokoikiem. Kiedy więc wysunął swoją propozycję, kobieta kiwnęła głową bez słowa i zdecydowanym krokiem ruszyła przez salon, przystając tylko na moment, by jednemu z amnwzjatorów szepnąć, że gdyby byli potrzebni to będą na zewnątrz. Cała tragedia rozegrała się w domu, na dworze nic się nie wydarzyło – ale każdy pretekst był przecież dobry. kiedy tak przechodzili przez pomieszczenie, Lestrange rzuciła jeszcze okiem na mugolkę, nadal wyglądała jakby wszystko wokół to tylko jakiś pokręcony, bardzo zły sen. Zupełnie nie umiała się postawić na jej miejscu, nie potrafiła odczuwać tego co ona teraz, ale… ach. Współczuła jej na jakiś tam sposób. Nie jej winą było, że nie urodziła się jako czarodziej.
- Wszystko w porządku? – zapytała, kiedy byli już na dworze.