21.06.2023, 18:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.06.2023, 18:26 przez Cathal Shafiq.)
Cathal czekał na Cynthię w lokalizacji pod Londynem, którą wcześniej jej podał. W gruncie rzeczy nie zdziwiłby się, gdyby Flintówna spotkanie odwołała albo przełożyła czy nawet nie pojawiła się bez zapowiedzi – po Beltane wielu czarodziejów unikało niepotrzebnego wychodzenia z domu, a Shafiq wyobrażał sobie, że do kostnicy w pierwszych dniach po „święcie” trafiło mnóstwo ciał.
Skoro jednak nie dostał wiadomości, sam tkwił w pobliżu miejsca, które wybrał na spotkanie. Tym razem nie był to żaden grobowiec, cmentarz czy las, w którym ustawiono przeklęte posągi. Nie była to też bez wątpienia lokalizacja tak niekonwencjonalna, jak poprzednie dwie… Może wybrał ją, bo uznał, że i tak może zaskoczyć Cynthię.
A może chodziło o to, że był ciekaw, jak zareaguje na pewne rzeczy.
W pewnym sensie to też był element gry.
Chyba trochę go to bawiło.
No dobrze – na pewno go to bawiło, inaczej nigdy nie zgodziłby się dobrowolnie wejść do tego miejsca po raz drugi: odwiedził je raz, tuż po tym, jak zostało otwarte. Zastanawiał się, czy Cynthia była już kiedyś w tym miejscu: jeżeli nie… cóż, będzie rozbawiony podwójnie. I na pewno dowie się o wiele więcej niż gdyby przyszła w pełni przygotowana, co zobaczy w Gabinecie Luster.
Rzucił na ziemię papierosa i go rozdeptał. Pojawił się na miejscu jakieś dwie minuty przed czasem, w sam raz, aby zapalić. Jasne włosy, odziedziczone po matce z rodu Gauntów, miał zmierzwione. Opalenizna, pamiątka po latach spędzonych w Egipcie, bladła już powoli, bo spędził w Anglii, gdzie wiosną słońce pojawiało się rzadko i na krótko, już ponad dwa miesiące. Tym razem nie był ubrany ani tak elegancko, jak na przyjęciu u Shafiqów, ani tak niedbale, jak wtedy, gdy wybierali się do grobowca. Ot prezentował się jak dość typowy czarodziej: gdyby nie wzrost i postura, z którymi mógłby spokojnie wmieszać się w towarzystwo bandy wikingów, mógłby łatwo zginąć w tłumie. Nie stroił się, bo i robił to bardzo rzadko, ale też nie wyglądał, jakby właśnie uciekł z jakiejś mugolskiej budowy, gdzie przez cały dzień nosił worki z cegłami.
Gdy Cynthia się pojawiła, dźwignął się z kamienia na którym przysiadł.
- Zastanawiałem się, czy nie przegram dziś z trupami – powiedział, może z odrobiną kpiny, po czym zaoferował jej ramię: może z pewnego przyzwyczajenia, może z kurtuazji, a może bo to też była kolejna próba, ot sprawdzenie, czy je przyjmie? – Zapraszam do Gabinetu Luster słynnej rodziny Bletcheyów, zbieranych podobno po całym świecie przez czterdzieści lat. Byłaś już tutaj kiedyś?
Skoro jednak nie dostał wiadomości, sam tkwił w pobliżu miejsca, które wybrał na spotkanie. Tym razem nie był to żaden grobowiec, cmentarz czy las, w którym ustawiono przeklęte posągi. Nie była to też bez wątpienia lokalizacja tak niekonwencjonalna, jak poprzednie dwie… Może wybrał ją, bo uznał, że i tak może zaskoczyć Cynthię.
A może chodziło o to, że był ciekaw, jak zareaguje na pewne rzeczy.
W pewnym sensie to też był element gry.
Chyba trochę go to bawiło.
No dobrze – na pewno go to bawiło, inaczej nigdy nie zgodziłby się dobrowolnie wejść do tego miejsca po raz drugi: odwiedził je raz, tuż po tym, jak zostało otwarte. Zastanawiał się, czy Cynthia była już kiedyś w tym miejscu: jeżeli nie… cóż, będzie rozbawiony podwójnie. I na pewno dowie się o wiele więcej niż gdyby przyszła w pełni przygotowana, co zobaczy w Gabinecie Luster.
Rzucił na ziemię papierosa i go rozdeptał. Pojawił się na miejscu jakieś dwie minuty przed czasem, w sam raz, aby zapalić. Jasne włosy, odziedziczone po matce z rodu Gauntów, miał zmierzwione. Opalenizna, pamiątka po latach spędzonych w Egipcie, bladła już powoli, bo spędził w Anglii, gdzie wiosną słońce pojawiało się rzadko i na krótko, już ponad dwa miesiące. Tym razem nie był ubrany ani tak elegancko, jak na przyjęciu u Shafiqów, ani tak niedbale, jak wtedy, gdy wybierali się do grobowca. Ot prezentował się jak dość typowy czarodziej: gdyby nie wzrost i postura, z którymi mógłby spokojnie wmieszać się w towarzystwo bandy wikingów, mógłby łatwo zginąć w tłumie. Nie stroił się, bo i robił to bardzo rzadko, ale też nie wyglądał, jakby właśnie uciekł z jakiejś mugolskiej budowy, gdzie przez cały dzień nosił worki z cegłami.
Gdy Cynthia się pojawiła, dźwignął się z kamienia na którym przysiadł.
- Zastanawiałem się, czy nie przegram dziś z trupami – powiedział, może z odrobiną kpiny, po czym zaoferował jej ramię: może z pewnego przyzwyczajenia, może z kurtuazji, a może bo to też była kolejna próba, ot sprawdzenie, czy je przyjmie? – Zapraszam do Gabinetu Luster słynnej rodziny Bletcheyów, zbieranych podobno po całym świecie przez czterdzieści lat. Byłaś już tutaj kiedyś?