Pochmurny dzień rozwijał swoje październikowe połacie, zwiastując nieuchronnie nadejście pory melancholijnie jesiennej; gęstwiny chmur wędrowały po niebie z wolna, nie popychane gwałtownością burzliwego wiatru – ten jedynie szeleścił w ogołoconych z liści konarach drzew, wpędzając na policzki sowity pąs spowodowany zimnem. Październik należał do miesięcy, które przypominały o umieraniu – wzierającej do kości kostuchy, która swym wabiącym szeptem napominała o wielokrotności non omnis moriar. Westchnięcie zefiru ponownie potrząsnęło trawami, rozanielając się pośród usychających, skrzypiących pod butami liści – tych, które wszechrzecz już zechciała zabarwić ceglastym odcieniem. Lubiła tę porę sennie bezsenną, gdy słońce późnym popołudniem zmykało za horyzont, pozostawiając po sobie jedynie ognistą, podniebną ścieżkę. Zmierzch miał otulić płaszczem już niebawem, a podniebne arkana okryły się wielością pomarańczy.
W Ministerstwie zastała Leandra zajętego pracą w swój sowity, codzienny sposób – nie narzucała się, nie wpadała mu w gęstwinę ramion, jedynie doręczyła zaproszenie na jeden z bankietów, na których winni się pojawić. Stukot obcasów równie szybko powiódł ją ku wyjściu, co ku gabinetowi ówczesnego narzeczonego. Napierając jednak na monstrualne drzwi, wpadła na jego brata i zgodnie postanowili wybrać się na niezobowiązujący spacer w kierunku jej galerii; wzywała ją wszak praca, która nie znosiła niekompetencji i opóźnień.
Zaciskała dłoń na materiale jego odzienia, gdy ujmowała go pod ramię, częstując historiami barwnymi, jak i zdawkowymi zdaniami. Ich relacja w końcu prędko roziskrzyła się, przemieniając w szczerą sympatię – niepodszytą jednak elementami filuterności czy buńczucznego flirtu.
Gdy zbliżali się do galerii, jej oczy powiększyły się o kilka orbit, a usta ułożyły w niemy wyraz zdziwienia. Jej percepcji ukazał się chłopak, możliwe, iż w okolicach jej wieku, który obrzucał jajkami szyld galerii.
Początkowo wywołał jedynie salwę szoku.
Nicholas mógł zobaczyć ją w pełnej krasie. Gdy zasuwa usta w cienką linię, unosi podbródek, a na jej oblicze wpełza coś niepodobnego, nieodkrytego, drapieżnego. Zmrużyła oczy bacznie i bez cienia słowa, ruszyła w kierunku delikwenta. Nie była sobą; była tą bestią skorą do zadawania bólu; do krzywdzenia; wybrakowaną w skrupuły jakiejkolwiek materii.
Podeszła jednak doń spokojnie, zupełnie jakby chciała zagaić o pogodę.
Gdy znalazła się jednak przed nim, jasnym było, iż jej intencje bynajmniej nie są czyste; wysoki obcas wbiła w jego stopę, a gdy ten się nachylił, pociągnęła go do swojego mikrego wzrostu za niedbale zawiązany krawat.
– Ty kurwo bez szkoły, wiesz kim ja jestem? – zaczęła oziębłym, mrożącym krew w żyłach głosem.