Igranie w rytm gry przędzonej przez dwoje, oddalanie się jedynie aby ponownie zamknąć dystans – milkliwie, zupełnie niepoprawnie; coś rozgorało w jej wnętrzu, płomieniem trawiąc zawartość klatki żeber, moszcząc się gdzieś między sercem a płucami, z których nagle wydusiło się ciche westchnięcie, będące raptem cieniem realnego dźwięku. Kąciki ust uniosły się w filuterii niepewnego uśmiechu, gdy mrużyła sarnie oczy bacznie – niby czując na sobie wzrok oprawcy, który lada moment mógł zamknąć ją we własnej pięści. Przyglądała mu się przez ulotność momentów, spopielonych chwil, które przemijały z wiatrem, unosiły się w kwietniowym powietrzu, odbijały echem od pokrytych bielą ścian. W gruncie rzeczy tym właśnie była – białą ścianą, na której widniały jedynie duchy dawnych plam, starych obrazów. Emocjonalna i bezpardonowa, nie potrzebowała nader wiele, aby zatracić się w brzmieniu jego oczu.
Karmazyn warg ponownie ugiął się w miękkim uśmiechu, drżąc niepokornie. Przez chwilę ważyła słowa; zupełnie jakby chciała odnaleźć odpowiednie dictum – zatraciła się przy nim jednak bezsłownie, tłamsząc emocje igrające wnętrzem w szklanej butelce, puszczając ją w pogoń szklistą rzeką. Jej licha postura skrywała całą plejadę namiętności, zdawkowość reakcji i rozognienie, którym płonął pąs wstępujący na jej policzki.
A to tylko za sprawą jego wzroku.
– Nie bawmy się w eufemizmy, mój miły – odparła, przekrzywiając nieznacznie głowę, pozwalając czerni kosmyków opaść akwarelą na odrobinę pyzaty policzek.
Odkleiła spojrzenie od jego fizjonomii, po czym stukot obcasów zaprowadził ją ku jednemu z obrazów, pozostawiając Macmillana z tyłu.
– Czy jednak mrok wszechświata powstrzymuje astronomów? – zabrzmiała retoryką, zanurzając się w jego świat składnej metafory, nie obdarzając go jednak żadnym spojrzeniem – te utknęły w olejnej powierzchni obrazu, jakby widziała go po raz pierwszy.
– Kłóciłabym się jednak, kto w tej metaforze jest wszechrzeczą, a kto astronautą. Bywam niepozorna – odparła, obracając ku niemu twarz.