Pośród westchnięć jesiennej pogody, spacer wydawał się zbawiennym rozwiązaniem, a tumany burzliwych chmur przysłoniły niebo nieodwołalnie; odrzuciła głowę do tyłu, wpatrując się w błąkające się obłoki, swym masywem okraszające nieboskłon – zapowiadało się na rzęsisty deszcz, może nawet nieprzejednaną burzę, która igiełkami deszczu miała czynić galaktykę ze skór tych, którzy zechcieli w podobnej porze opuścić domy i miejsca pracy. Nie przeszkadzało jej to jednak w żadnej mierze, można wręcz rzec, iż pożądała tych gęstych łez, które już niebawem miały zaznaczyć mokrymi śladami odzienie.
Póki co jednak, niebo jedynie wzdychało nad podobną koncepcją – tak, jakby zastanawiało się tęgo, czy uraczenie deszczem londyńskiego bruku będzie słusznym posunięciem.
Agresja ucięła jej zdanie w połowie; zamilkła momentalnie, mrużąc nieznacznie te wielkie, sarnie oczy, później zaś, na obliczu zagościła jedynie nieprzewidywalność i dzika furia.
Bestia została spuszczona ze smyczy.
Obejrzała się za siebie na Yaxley’a, niby niemym wzrokiem pytając, dlaczego się za nią nie wstawił. Nie była przecież w swym mikrym wzroście skora ku bitkom, w oczywisty sposób by je przegrała, patrząc na jej filigranową posturę i sowitą niedowagę. Nie przeszkadzało jej to jednak – rysy twarzy momentalnie się wyostrzyły, a w spojrzeniu zawarło się coś dzikiego i nade wszystko nietypowego.
Trzymała więc delikwenta za krawat, zrównując go z własnym wzrostem. Już jej usta drgały, aby powiedzieć coś jeszcze, aby uraczyć go bardziej gorączkowo agresywnymi słowami, gdy kątem oka dojrzała jego dłoń, która wraz z jajkiem zmierzała w jej kierunku.
Oczy się rozwarły i na ile umiała ocenić prędkość swojej reakcji, usiłowała uniknąć drastycznego zderzenia się z przedmiotem nieubłagalnie zmierzającym w jej kierunku.
Akcja nieudana