02.11.2022, 05:07 ✶
Popełniał zbyt dużo błędów, bo chciał czuć i żyć, a ojcowska modła nie dopuszczała próbowania i potykania się, akceptowała tylko ideały. Miotał się pomiędzy tym, co powinno być, a tym co chciał, aby było. Wiedział, że powinien być idealnym synem z uniesioną głową, logicznie analizującym każde, kolejne wyzwanie, ale jednocześnie tak bardzo nienawidził tej przepełnionej ojcowską wolą wizji, że sabotował ją, gdy tylko nadarzyła się okazja. Zakreślał kolejne bruzdy na linii swojego życia bardzo pewnie, jakby sprawiało mu to pewien rodzaj satysfakcji, aby gasić wzniecone przez siebie samego pożary. Nic bardziej mylnego, robił to z czystej paniki. Był jak wychowany w niewoli ptak, który świat widzi jedynie zza złotych krat; kuszący, piękny i kolorowy. Miał jednak więcej pomyślunku niż opierzone stworzenia i zdawał sobie sprawę, że bez ojcowskiego patronatu i rodzinnej renomy byłby teraz nikim. Każda podryga i chęć wypuszczenia z siebie emocji i frustracji związanej z ciągłą presją i udawaniem kogoś, kim się nie jest była więc tłamszona, szybciej lub wolniej, ale w rozrachunku Elliott po prostu łapał swoje marzenia za kark i je łamał. Kiedyś jeszcze by się nad tym rozckliwiał, ale teraz uważał to za najbardziej stosowne. Nie było w jego życiu miejsca na słabości... ale co mu wtedy pozostawało? Wszystkie uniesienia, prawdziwe chwile ekstazy przeżył tylko dzięki uchyleniu drzwi z napisem 'nie wchodzić'.
Okropnie wyczerpujące tango emocji z powinnościami wyczerpywało jego możliwość skupienia do tego stopnia, że stawał się zgorzkniały i niesamowicie uszczypliwy. Skupiał się na sobie absolutnie ignorując fakt, że inni mogą posiadać uczucia, chęci i aspiracje. Jeżeli nie przynosiło mu korzyści, aby dać komuś uwagę wolał nie marnować czasu, z każdym kolejnym rokiem zatracał się w stalowym uścisku logiki i osiadał w chłodnych, skostniałych ramach swojego własnego portretu w rodzinnej rezydencji. Na nim był idealny, bez bruzd, niemoralnych życzeń, frywolnych myśli i ... całej swojej osobowości. Był problemem, nieważne jakby na siebie spojrzał. Był błędem, nieważne jak bardzo by się nie oszukiwał.
Wszedł do gabinetu, w którym jeszcze niedawno popijali alkohol planując kolejne kroki w 'terapii' jego nieżywej małżonki i spojrzał na wskazany fotel, ale nie zajął swojego miejsca po jednej ze stron biurka. Poprawił marynarkę i pozwolił materiałowi okalać biodra, połowicznie zasłaniać idealnie dopasowaną, nałożoną na koszulę kamizelkę z guzikami ze złotym wykończeniem. Skupił spojrzenie niebieskich oczu na Percym, gdy ten zadał mu kolejne pytanie. Chłodne, przypominające mroźne jeziora, oczy zdawały się zgubić ból, który jeszcze chwilę temu wyrażały, aby zebrani wokół pokoju zmarłej żony gapiowi mogli w nim utonąć, dostać, to po co przyszli: wizję zbolałego męża nad małżonką, która nieszczęśliwie odebrała sobie życie. Teraz miał przed sobą jedynie twarz przyjaciela, byłego kochanka, lekarza, który był odpowiedzialny za dbanie o Simone. Przekrzywił głowę delikatnie i spojrzał mimochodem na rozrzucone papiery, kładąc dłoń na biurku powstrzymał się przed nerwowym ułożeniem dokumentów w schludny stosik i zamiast tego przesunął jedynie stojący na rogu kałamarz, jakby obawiał się, że ten zaraz spadnie brudząc mu buty.
- Zaskoczony - zaczął wypowiedź i wrócił spojrzeniem na twarz drugiego mężczyzny - ,choć nie jej śmiercią. Rozczarowany, choć również nie przez odejście Simone. Zawiedziony, ale też nie jej samobójstwem. - zacisnął usta czując jak jego własne słowa przecinają gęstą atmosferę w gabinecie - Zdajesz sobie sprawę jak wiele czasu będę musiał poświecić na jej pogrzeb? Na żałobę? Naprawdę tak trudno było spostrzec, że coś było z nią nie tak? Bardziej nie tak niż zakładaliśmy, oczywiście. Spodziewałem się lepszej ekspertyzy i na pewno nie tego, że przechytrzy cię w połowie omamiona, nieświadoma kobieta. - ostatnie słowa powiedział szeptem, prawie przez zęby, ale wystarczająco głośnym, aby wyraźnie dotarły do uszu Blacka. Elliott przymknął oczy i wciągnął powietrze do płuc przez nos pozwalając powiekom odciąć go na chwilę od świata namacalnego.
Usiadł na wskazanym wcześniej fotelu rozpinając guzik marynarki, pozwalając jej materiałowi odsunąć się do tyłu odsłaniając skórzany pasek. Rękawy podeszły do góry ukazując spinki do mankietów skompletowane z guzikami kamizelki, gdy Malfoy uniósł dłoń, której palce wplótł w jasne włosy; w roztargnieniu, na które pozwolił sobie w obecności znającego go spojrzenia.
- Przepraszam. - mruknął po chwili wciąż podpierając czoło na wnętrzu dłoni - To nie twoja wina, powinienem był tę sytuację inaczej rozwiązać, to nie była tylko twoja odpowiedzialność. Nie powinniśmy lamentować nad rozlanym mlekiem, należy zaakceptować aktualny stan rzeczy i przeć do przodu. Dobrze, że Nicholas jest za młody, aby rozumieć tę sytuację. - przesunął dłoń ze skroni na usta i brodę teraz wlepiając wzrok w kości kruka służące, prawdopodobnie, ozdobie gabinetu. Chciał zapomnieć, zanurzyć się w swoich negatywnych emocjach i pozwolić im wybuchnąć, ale wiedział, ze nie mógł tego zrobić. Nie byłoby to odpowiednie, zwłaszcza, że zaczynał odczuwać nadchodzącą rozpacz, czyhającą na moment słabości. Nie mógł pozwolić ckliwym, złudym emocjom wziąć góry, a podskórnie czuł, że odejście żony było tym, czego od początku chciał, ale bał się przed sobą przyznać, więc ubrał to w swojej głowie w pozornie nieszkodliwy plan. Skoro mnie nie akceptowała i chciała dla mnie jak najgorzej, to bardzo dobrze, że wyzionęła ducha, złapał się na tej myśli i ukrócił ją zanim się rozwinęła.
Gonitwa myśli nie pomagała mu w skupieniu ani opanowaniu.
- Masz tu ciągle resztkę ginu z ostatniego spotkania? - zapytał ostatecznie.
Okropnie wyczerpujące tango emocji z powinnościami wyczerpywało jego możliwość skupienia do tego stopnia, że stawał się zgorzkniały i niesamowicie uszczypliwy. Skupiał się na sobie absolutnie ignorując fakt, że inni mogą posiadać uczucia, chęci i aspiracje. Jeżeli nie przynosiło mu korzyści, aby dać komuś uwagę wolał nie marnować czasu, z każdym kolejnym rokiem zatracał się w stalowym uścisku logiki i osiadał w chłodnych, skostniałych ramach swojego własnego portretu w rodzinnej rezydencji. Na nim był idealny, bez bruzd, niemoralnych życzeń, frywolnych myśli i ... całej swojej osobowości. Był problemem, nieważne jakby na siebie spojrzał. Był błędem, nieważne jak bardzo by się nie oszukiwał.
Wszedł do gabinetu, w którym jeszcze niedawno popijali alkohol planując kolejne kroki w 'terapii' jego nieżywej małżonki i spojrzał na wskazany fotel, ale nie zajął swojego miejsca po jednej ze stron biurka. Poprawił marynarkę i pozwolił materiałowi okalać biodra, połowicznie zasłaniać idealnie dopasowaną, nałożoną na koszulę kamizelkę z guzikami ze złotym wykończeniem. Skupił spojrzenie niebieskich oczu na Percym, gdy ten zadał mu kolejne pytanie. Chłodne, przypominające mroźne jeziora, oczy zdawały się zgubić ból, który jeszcze chwilę temu wyrażały, aby zebrani wokół pokoju zmarłej żony gapiowi mogli w nim utonąć, dostać, to po co przyszli: wizję zbolałego męża nad małżonką, która nieszczęśliwie odebrała sobie życie. Teraz miał przed sobą jedynie twarz przyjaciela, byłego kochanka, lekarza, który był odpowiedzialny za dbanie o Simone. Przekrzywił głowę delikatnie i spojrzał mimochodem na rozrzucone papiery, kładąc dłoń na biurku powstrzymał się przed nerwowym ułożeniem dokumentów w schludny stosik i zamiast tego przesunął jedynie stojący na rogu kałamarz, jakby obawiał się, że ten zaraz spadnie brudząc mu buty.
- Zaskoczony - zaczął wypowiedź i wrócił spojrzeniem na twarz drugiego mężczyzny - ,choć nie jej śmiercią. Rozczarowany, choć również nie przez odejście Simone. Zawiedziony, ale też nie jej samobójstwem. - zacisnął usta czując jak jego własne słowa przecinają gęstą atmosferę w gabinecie - Zdajesz sobie sprawę jak wiele czasu będę musiał poświecić na jej pogrzeb? Na żałobę? Naprawdę tak trudno było spostrzec, że coś było z nią nie tak? Bardziej nie tak niż zakładaliśmy, oczywiście. Spodziewałem się lepszej ekspertyzy i na pewno nie tego, że przechytrzy cię w połowie omamiona, nieświadoma kobieta. - ostatnie słowa powiedział szeptem, prawie przez zęby, ale wystarczająco głośnym, aby wyraźnie dotarły do uszu Blacka. Elliott przymknął oczy i wciągnął powietrze do płuc przez nos pozwalając powiekom odciąć go na chwilę od świata namacalnego.
Usiadł na wskazanym wcześniej fotelu rozpinając guzik marynarki, pozwalając jej materiałowi odsunąć się do tyłu odsłaniając skórzany pasek. Rękawy podeszły do góry ukazując spinki do mankietów skompletowane z guzikami kamizelki, gdy Malfoy uniósł dłoń, której palce wplótł w jasne włosy; w roztargnieniu, na które pozwolił sobie w obecności znającego go spojrzenia.
- Przepraszam. - mruknął po chwili wciąż podpierając czoło na wnętrzu dłoni - To nie twoja wina, powinienem był tę sytuację inaczej rozwiązać, to nie była tylko twoja odpowiedzialność. Nie powinniśmy lamentować nad rozlanym mlekiem, należy zaakceptować aktualny stan rzeczy i przeć do przodu. Dobrze, że Nicholas jest za młody, aby rozumieć tę sytuację. - przesunął dłoń ze skroni na usta i brodę teraz wlepiając wzrok w kości kruka służące, prawdopodobnie, ozdobie gabinetu. Chciał zapomnieć, zanurzyć się w swoich negatywnych emocjach i pozwolić im wybuchnąć, ale wiedział, ze nie mógł tego zrobić. Nie byłoby to odpowiednie, zwłaszcza, że zaczynał odczuwać nadchodzącą rozpacz, czyhającą na moment słabości. Nie mógł pozwolić ckliwym, złudym emocjom wziąć góry, a podskórnie czuł, że odejście żony było tym, czego od początku chciał, ale bał się przed sobą przyznać, więc ubrał to w swojej głowie w pozornie nieszkodliwy plan. Skoro mnie nie akceptowała i chciała dla mnie jak najgorzej, to bardzo dobrze, że wyzionęła ducha, złapał się na tej myśli i ukrócił ją zanim się rozwinęła.
Gonitwa myśli nie pomagała mu w skupieniu ani opanowaniu.
- Masz tu ciągle resztkę ginu z ostatniego spotkania? - zapytał ostatecznie.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦