Zamknięte w szklanej szkatułce uczucia kształtowane przez pożądanie i emocje maści barwnej i nade wszystko niepoprawnej; nie spodziewała się, iż rozpali w jej trzewiach ogień, którego nie znała od czasu patologicznego związku z Leandrem – a jednak, poczuła coś, co było zgoła odmiennym. Któż wiedział, dlaczego ciągnęło ją tak wyrachowanie do mężczyzn, którzy ją krzywdzili na wszystkich poziomach wypaczenia; którzy ranili ją w sposób okrutny i wyrafinowany; którzy chcieli mieć na własność ją – barwnego ptaka, który nie znał usidlenia. Podbijanie świata z Yaxley’em już dawno przestało stanowić dla niej wartość autoteliczną; zapomnienie przyszło równie prędko, co gwałtowna dewastacja galerii jeszcze dwa tygodnie temu, gdy lądowała w ramionach Louvaina, którego serce iście cierpiało, widząc ją w tak obłudnie parszywym stanie.
Może dlatego zapałała szczerą ciekawością wobec Macmillana; może dlatego zaciekawił ją u samych kryz, stanowiąc upstrzone gwiazdami niebo, w które aż chciała się wpatrywać gorączkowo i ciekawsko. Uśmiech wpełzł na jej wargi staccato, jakby niepewny swojej roli w bukiecie fizjonomii; jakby nie wiedział, czy odnalazł właściwy akwen.
Przysunęła się do niego mimowolnie, acz zwolna. Ułożyła drobną dłoń na jego klatce piersiowej, przekrzywiając nieznacznie głowę – zupełnie jakby smakowała właściwych słów, którymi chciała go gorączkowo obdarzyć. Zmrużyła oczy niepewnie, stając na palcach – nawet wysokie obcasy nie nadrabiały za nią mikrego wzrostu – i omiotła oddechem jego małżowinę uszną.
– Gry są jedną z moich miłości. Daleko mi do hazardzistki, ale ciężko mi się powstrzymywać przed podejmowaniem rękawicy. – Uśmiechnęła się urokliwie, zupełnie jakby nie zaprzedawała właśnie swojej duszy diabłu. – Czekam zatem na pytanie. Szczerość nie leży w mojej naturze, ale dla ciebie przełamię własną obłudę – dodała po chwili, a w jej brązowych tęczówkach zaigrało coś niebezpiecznego; pewne iskry zaciekawienia.
– Nie śmiałabym kłamać! – skłamała tymi słowami miękko, zsuwając dłoń z jego klatki piersiowej.