Wzruszył lekko ramionami, uśmiechając się nieco wymuszenie. Cóż mógł powiedzieć na temat Ministerstwa Magii? Żadna instytucja nie była idealna. Jednak uchybienia Ministerstwa niekoniecznie wynikały z bałaganu, a raczej biurokracji, która zdawała się dopadać każdego, kto postawił stopę w murach instytucji. Zanim ktoś otrzymał oficjalną decyzją odnośnie do danej sprawy, dokument musiał być przemielony przez kilka różnych biur, potwierdzony przez kilku urzędników i dopiero wtedy lądował na biurku osoby decyzyjnej.
Osobiście Sebastian nie miał nic przeciwko temu. Lubił myśleć, że dzięki temu jego własne sumienie staje się czystsze. Jeśli dana sprawa do niego dotarła, znaczyło to, że powinien wykorzystać swoje umiejętności w określony sposób. Nie musiał się zastanawiać dziesięć razy nad tym samym, stawiać dodatkowych diagnoz, a zamiast tego mógł po prostu działać według planu. Metodycznie.
— Czasem krewni, innym razem ludzie z miasteczka czy sąsiedztwa, gdzie zalęgł się jakiś duch. Zdarza się, że sam duch do nas trafi, chcąc uzyskać jakieś informacje.
Tak długo, jak dusze nie były natrętne, czarodzieje całkiem często zostawiali je w spokoju, pozwalając, aby rosły wokół nich miejskie legendy i niesprawdzone opowieści. Kiedy jednak duch szedł o tej jeden krok za daleko lub naraził się komuś spoza społeczności i decydował się na wniesienie skargi... Wtedy informacja trafiała do odpowiedniego biura, które robiło co w jego mocy, aby skontaktować się z danym indywiduum i znaleźć jakieś rozwiązania, a przede wszystkim przygotować wpis do akt.
— Trudne pytanie. Każdy duch jest inny. Powiedziałbym wręcz, że to, kim byli za życia i jak utalentowani byli wpływa na to, jak sobie radzą podczas swojego nie-życia — stwierdził Sebastian. — Im bardziej duch jest rozeznany w swojej sytuacji, tym łatwiej mu umknąć przed konsekwencjami opętania. Duch kobiety, która umarła dwadzieścia lat temu, łatwiej się wpasuje do otoczenia, gdy już kogoś opęta, niż duch sprzed kilkuset lat, który nie rozumie zmian, jakie zaszły w społeczeństwie, języku, ubiorze, czy nawet w tym, jak praktykujemy magię. — Zamilkł na moment. — Poza tym, duch, który od dawna nie miał cielesnej powłoki, ma trudności z kontrolowaniem ciała.
Pozwolił Pandorze samodzielnie wyciągnąć kolejne wnioski. Starsze duchy mogły uchodzić w pewnych kręgach za bardziej niebezpieczne z uwagi na swoją nieprzewidywalność. Kto wie, cóż za zaklęcia i magiczne zdolności mogły zostać zapomniane przez historię, tylko po to, aby wrócić na ten świat, dzięki zbłąkanej duszy? Z drugiej strony, z czysto praktycznego punktu widzenia, to duchy młodsze stanowiły według Sebastiana większe wyzwanie. Lepiej pamiętały, jak to jest egzystować pośród żywych, posługiwać się ludzkim ciałem, które było zdecydowanie mniej mobilne od formy ducha. A im lepiej rozumiały realia, tym łatwiej było im wtopić się w tłum i po prostu umknąć.
— Bardzo chętnie — stwierdził po dłuższej chwili bicia z myślami. Wprawdzie dużo chętniej opowiedziałby ze szczegółami o kapliczce w jednej z londyńskich kawiarni, jednak miał świadomość tego, że czasem należało wyjść ze swojej strefy komfortu. Równie dobrze to mogła być jedna z tych okazji. — Jeśli cię to uspokoi, to możemy zaprosić kogoś jeszcze. Zawsze to jakaś ochrona przed „kataklizmem”.
Klasnął bezgłośnie dłońmi w nieco niezręcznym geście. Musiał przyznać, że czuł się coraz swobodniej w towarzystwie nowo-poznanej kobiety. Wydawała się bardzo zainteresowana kwestiami, które były mu bliskie, ale też nie wypytywała jakoś dokładnie o jego życie prywatne. Doceniał to, bo prawdopodobnie nie miałby zbyt wiele do powiedzenia, chyba że Pandora uznałaby jego wizyty w antykwariatach za wyjątkowo zajmujące.
— Uwiązać, to znaczy ograniczyć zdolność poruszania się na duże dystanse w zależności od wymagań danego zlecenia — wyrecytował nieco monotonnym głosem, jakby czytał prosto z jednego z wielu ministerialnych regulaminów. — Jeśli dobrze kojarzę, przypadek Jęczącej Marty wiązał się z nadmiernymi „odwiedzinami” u innej uczennicy, wiele mil od zamku. — Zmarszczył czoło, próbując sobie przypomnieć szczegóły. Od jego ostatniej wizyty w Hogwarcie minęło całkiem sporo czasu. — Ciężko mi określić standardy, jaki wówczas panowały... Prawdopodobnie postawiono jej ultimatum. Pozostanie na miejscu lub odegnanie przy pomocy egzorcyzmów. Możliwe, że dyrekcja również miała coś do powiedzenia.
Profesor Binns dalej nauczał Historii Magii, a w Hogwarcie rezydowała także masa innych duchów. Być może, nie chcąc zaburzać tamtejszej równowagi, Ministerstwo poszło Marcie na rękę, pozwalając jej zostać na tym świecie pomimo przewinień. Ciężko było zgadywać, należałoby zajrzeć do archiwów lub znaleźć kogoś, kto pracował przy tej sprawie.
— Ja, cóż... Wolałbym o tym nie rozmawiać. To nieco wrażliwy temat. Przynajmniej w moim przypadku — wymruczał przepraszająco, chociaż na jego twarzy zagościła powaga. — A co do właścicieli... Jeszcze nie widziałem, aby duch-intruz dogadał się z oryginalnym właścicielem ciała. Duchowi zazwyczaj zależy na kompletnym zdominowaniu gospodarza i zepchnięcia go na margines świadomości. Jednak moim zdaniem gospodarz nie jest kompletnie bezbronny. Wierzę, że jego siła woli w momencie opętania stanowi pierwszą, ale i zarazem ostatnią linię obrony przed obcym duchem.
Spoczął na ławce, rozgrzewając sobie dłonie, a następnie unosząc ciepły napój do ust.
— Większość zleceń, które trafiają z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, są dla mnie problematyczne — parsknął, kręcąc głową ze swego rodzaju rozbawieniem. — Brygadziści i aurorzy mają tendencję do wynajdowania naprawdę... nietypowych przypadków. I to takich, które na pierwszy rzut oka zdają się stosunkowo normalne. Ah, no i zazwyczaj oczekują natychmiastowego rozpoczęcia konkretnych działań. Są w gorącej wodzie kąpani.