Z niejasnych względów czuła silną potrzebę, aby ją posiadał; nie tylko na płaszczyźnie owianej cielesnością, ale też duchowym sacrum, nęceniem wyzbytym z barier i jakichkolwiek hamulców, które była gotowa jeszcze w sobie odnaleźć te jednak opadały z każdą sekundą, spopielając się w martwość i nieużytek, z którego nie mogła wykrzesać nic więcej. Była przecież bluszczem w całej krasie - najlepiej się czuła tam, gdzie jej nie chciano, rosnąć w gargantuiczną siłę poprzez umoszczenie swojej niszy w zaklętej ciemności. Żadne ze słów nie oddałoby przecież tego, jaki ogrom huraganu targał jej wnętrzem, pozostawiając pusty akwen, na którym żadna spośród majestatycznych róż by nie zakwitła. Ona jednak, wbrew wszelkim przypuszczeniom, różą nie była. Była tym, przed czymsię uciekało, toksyną i jadem, którym częstowała każdego, kto zechciał zbliżyć się do niej zbyt blisko, można było dostrzec te szkliste nici ciemności oplatające ciasno jej duszę, nie pozostawiając zbytku dobroci - tej przecież dawno i jednoznacznie się wyzbyła.
- Czyż nie? - zabrzmiała pytaniem unisono. Przez kilka sekund, tych z gatunku dłużących się, wpatrywała się w niego milkliwie, ważąc każdy spośród uśmiechów, który chciał wpełznąć na usta - te pojawiały się zwiastowane jak ten wschód księżyca, wychylającego się ze swych arkanów, mrugając nieśmiało bielą oczka spośród ciężkich masywów czerni rozlanej kawy - nocnego nieboskłonu.
Ścierały się w niej dwa demony, walczące o pierwsze skrzypce na proscenium rozlanych myśli, wątpliwych w jakość kryz jakiegokolwiek śladu sumienia. Bo przecież była wyrachowana i okrutna; każdy jej słodki uśmiech skrywał pod kotarą szytą grubymi nićmi kanwie zło, z którym niewiele mogło się mierzyć. Przewidywała swój lichy kraniec moralności, którego granice, na których zaciskała się dłoń kostuchy, zacierały się coraz silniej, budząc wielorakość niemocy pośród odróżniania tego, co dobre, od czystej złości, której sam diabeł by się nie powstydził.
Gdyby była istotą nieludzką, z pewnością byłaby sukkubem.
Uśmiechnęła się do niego ponownie z wyrafinowaną kurtuazją otulającą każde drgnięcie warg. Początkowo pominęła jakiekolwiek brzmienie jego sekretu, jego brudnej aberracji umysłu; zamiast tego nachyliła się ku niemu miękko, dłonie układając na jego barkach.
- Zrób mi jakąś krzywdę - rzekła szeptem, a jej twarz nabrała nieomal natychmiastowo wypieków, jednak nie to było kluczem; było nim spełznięcie maski głupiutkiej trzpiotki z oblicza, zastąpienie jej czymś, co mogło budzić niepokój.
Nie minęły jednak sekundy, a odsunęła się od niego na powrót, od razu przybierając sztandarowy wyraz twarzy.
- Okrucieństwo nas kształtuje - spuentowała jedynie jego historię, wzrok ponownie przenosząc na jedno z dzieł wyściełających białawą ścianę.
Odwróciła się ku niemu dopiero gdy usłyszała kolejne pytanie.
- Naturalnie najlepsze medium artystyczne to sfera sacrum - rzekła bez zastanowienia.