28.06.2023, 20:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.06.2023, 21:03 przez Cathal Shafiq.)
Zważywszy na różnicę ich wzrostu, mimo szpilek, Cathal musiał nieco się pochylić, skoro chciała go tak przywitać – i owszem, zrobił to. Ich relację ciężko było zaszufladkować czy w ogóle opisać, ale nie zamierzał udawać, że nie jest zupełnie zainteresowany, a nie był przecież nieśmiałym mężczyzną.
Poza tym, być może, ciekawiło go, do czego panna Flint się posunie. I między innymi dlatego pozwalał, by to ona przesuwała granice, zamiast, jak (zdaniem wielu) Merlin przykazał, robić to samemu.
- Liczy się efekt, a ostatecznie ją wygrałem – odparł, prowadząc dziewczynę do budynku. Weszli do niewielkiej poczekalni, gdzie w kasie można było kupić bilety. Cathal tam nie podszedł, bo zaopatrzył się w nie już wcześniej: a właśnie ich posiadanie umożliwiało przejście dalej.
Na pierwszy rzut oka zdawało się właściwie, że żadnego „dalej” nie ma. Tylko to małe pomieszczenie, z kasą, kominkiem Fiuu. Żadnych drzwi – jedynie wielkie lustro na ścianie.
– Naprawdę? Z martwego mnie też mogłabyś pewnie wydostać parę ciekawych informacji – zakpił nieco, ale nie ciągnął tematu. Cathal nie należał do ludzi, którzy usiądą i będą szlochać nad ogromem ofiar, jednak nie popierał rzezi. To były bezsensowne śmierci. Masa ofiar, i zamęt, jaki wkradł się do Ministerstwa, Munga i co za tym idzie, do całej społeczności czarodziejów. A już na pewno nie popierał niszczenia praw natury, a wiele wskazywało na to, że stało się coś strasznego. Zachwiana równowaga między światami w jego opinii doprowadziła do opętania Jamila, a problemy z teleportacją i siecią Fiuu były uciążliwe i skłaniały go do przeklinania Voldemorta nieco częściej niż zwykle. To, co stało się podczas Beltane, nie było nawet dla niego tematem do żartów. Dlatego udzielił szczerych wyjaśnień. – Ja i moi znajomi opuściliśmy polanę na chwilę przed atakiem. Zdążyliśmy się teleportować chwilę przed tym, jak wszystko się zaczęło. Chociaż nie obyło się bez drobnych problemów.
Jak walnięcie o klapę śmietnika, Jamil zawieszony na rynnie, czy pilne ściąganie egzorcysty. Cathal jednak uważał, że mieli szczęście. Gdyby nie ostrzeżenie Rookwooda, ktoś z nich mógł zginąć na tej polanie.
Shafiq tak czy inaczej nie zamierzał teraz się tym zamartwiać. Zamiast tego… uniósł nogę i przełożył ją przez ramę lustra, znikając w szklanej tafli do połowy. Pomógł Cynthii zrobić to samo i po chwili oboje przeniknęli przez lustrzane drzwi, przedostając się do wnętrza Gabinetu.
Lustra były wszędzie. Pokrywały ściany, stały w pomieszczeniu w rzędach, tworząc istny labirynt lustrzanych przejść. Lustrzany był sufit, a podłoga, choć lekko matowa, też została wykonana chyba z czegoś, co przypominało przydymione szkło. Z wielu luster patrzyły na nich ich odbicia: niektóre przedziwnie zniekształcone, inne zwykłe, a jeszcze inne pozornie zwykłe… ale gdy człowiek się im przyglądał, dostrzegał pewne nieścisłości. Na przykład na jednym odbiciu Cynthia była Cynthią, robiła te same gesty i miny, ale miała na sobie ubranie, jakie nosiła w pracy. Nieliczne z kolei wcale nie odbijały ich, a jakieś inne miejsca oraz osoby.
– Najciekawsze… a może najgorsze, są w głębi labiryntu – poinformował Cathal, przesuwając wzrokiem pośród odbić i mimowolnie porównując je z tym, co zapamiętał, wychwytując każdą różnicę. Pogrążony w myślach stał tak przez jakąś minutę, nim powoli ruszył w jeden z lustrzanych korytarzy. Jeżeli nic tu się nie zmieniło, prowadził do jednego z tych nieco milszych luster.
Poza tym, być może, ciekawiło go, do czego panna Flint się posunie. I między innymi dlatego pozwalał, by to ona przesuwała granice, zamiast, jak (zdaniem wielu) Merlin przykazał, robić to samemu.
- Liczy się efekt, a ostatecznie ją wygrałem – odparł, prowadząc dziewczynę do budynku. Weszli do niewielkiej poczekalni, gdzie w kasie można było kupić bilety. Cathal tam nie podszedł, bo zaopatrzył się w nie już wcześniej: a właśnie ich posiadanie umożliwiało przejście dalej.
Na pierwszy rzut oka zdawało się właściwie, że żadnego „dalej” nie ma. Tylko to małe pomieszczenie, z kasą, kominkiem Fiuu. Żadnych drzwi – jedynie wielkie lustro na ścianie.
– Naprawdę? Z martwego mnie też mogłabyś pewnie wydostać parę ciekawych informacji – zakpił nieco, ale nie ciągnął tematu. Cathal nie należał do ludzi, którzy usiądą i będą szlochać nad ogromem ofiar, jednak nie popierał rzezi. To były bezsensowne śmierci. Masa ofiar, i zamęt, jaki wkradł się do Ministerstwa, Munga i co za tym idzie, do całej społeczności czarodziejów. A już na pewno nie popierał niszczenia praw natury, a wiele wskazywało na to, że stało się coś strasznego. Zachwiana równowaga między światami w jego opinii doprowadziła do opętania Jamila, a problemy z teleportacją i siecią Fiuu były uciążliwe i skłaniały go do przeklinania Voldemorta nieco częściej niż zwykle. To, co stało się podczas Beltane, nie było nawet dla niego tematem do żartów. Dlatego udzielił szczerych wyjaśnień. – Ja i moi znajomi opuściliśmy polanę na chwilę przed atakiem. Zdążyliśmy się teleportować chwilę przed tym, jak wszystko się zaczęło. Chociaż nie obyło się bez drobnych problemów.
Jak walnięcie o klapę śmietnika, Jamil zawieszony na rynnie, czy pilne ściąganie egzorcysty. Cathal jednak uważał, że mieli szczęście. Gdyby nie ostrzeżenie Rookwooda, ktoś z nich mógł zginąć na tej polanie.
Shafiq tak czy inaczej nie zamierzał teraz się tym zamartwiać. Zamiast tego… uniósł nogę i przełożył ją przez ramę lustra, znikając w szklanej tafli do połowy. Pomógł Cynthii zrobić to samo i po chwili oboje przeniknęli przez lustrzane drzwi, przedostając się do wnętrza Gabinetu.
Lustra były wszędzie. Pokrywały ściany, stały w pomieszczeniu w rzędach, tworząc istny labirynt lustrzanych przejść. Lustrzany był sufit, a podłoga, choć lekko matowa, też została wykonana chyba z czegoś, co przypominało przydymione szkło. Z wielu luster patrzyły na nich ich odbicia: niektóre przedziwnie zniekształcone, inne zwykłe, a jeszcze inne pozornie zwykłe… ale gdy człowiek się im przyglądał, dostrzegał pewne nieścisłości. Na przykład na jednym odbiciu Cynthia była Cynthią, robiła te same gesty i miny, ale miała na sobie ubranie, jakie nosiła w pracy. Nieliczne z kolei wcale nie odbijały ich, a jakieś inne miejsca oraz osoby.
– Najciekawsze… a może najgorsze, są w głębi labiryntu – poinformował Cathal, przesuwając wzrokiem pośród odbić i mimowolnie porównując je z tym, co zapamiętał, wychwytując każdą różnicę. Pogrążony w myślach stał tak przez jakąś minutę, nim powoli ruszył w jeden z lustrzanych korytarzy. Jeżeli nic tu się nie zmieniło, prowadził do jednego z tych nieco milszych luster.