29.06.2023, 09:00 ✶
- Tak, pewnie będąc jeszcze w Egipcie i nie mając pojęcia o Walii, powinienem był przewidzieć, że mugole znajdą czarodziejskie ruiny, o których nie wiedział żaden żyjący mag i próbując je zbadać wpadną w magiczne pułapki. Ten przeklęty dureń - stwierdził Cathal z irytacją. Skierowaną nie ku Ulyssesowi, a Wellingtonowi. Owszem, doszło tam do poważnego naruszenia Kodeksu Tajności, problem polegał jednak na tym, że jeśli można było kogoś o to obwiniać, to czarodziei, którzy zginęli jakieś sześćset lat temu.
Shafiqowie wkroczyli tam dopiero później, zgodnie z ustaleniami z Ministerstwem. Ale Cathal nie był zbyt zdziwiony skargą od tego przeklętego durnia.
- Jeżeli chcesz - zgodził się na propozycję Ulyssesa. - Ale przede wszystkim chciałbym, żebyś podpytał o niego w Ministerstwie. Ktoś może coś pamiętać. A ta skarga daje ci doskonały pretekst.
Chociaż nie liczył na wiele. Niewymownych nie bez powodu nazywano Niewymownymi. Cathal zastanawiał się nawet, czy nie rzucano na nich jakiegoś zaklęcia, które uniemożliwiało im mówienie.
Spojrzał na Alethę, a jego usta wygięły się w dziwnym uśmiechu.
- Nie - powiedział, kładąc na to słowo dość mocny nacisk. Odmowa mogła wydawać się obcesowa, ale... - Chcę, żebyś ty przespacerowała się do niego o trochę innej porze. Tak jak do pana Omara w Kairze.
Trzy osoby na raz to faktycznie byłby tłok, a poza tym coś, co mogło wzbudzić nadmierne podejrzenia. Nie pomogłoby to także w realizacji planu - Cathal na razie chciał w końcu tylko wybadać sytuację.
Ale Leta mogła obserwować mężczyznę interesującą ich porą.
Nocą.
I to tak, że ten bez wątpienia nie zorientuje się, co się stało.
I Cathal już coś takiego raz delikatnie jej zasugerował w Egipcie, kiedy mieli drobne problemy z pewnym egipskim czarodziejem, niezadowolonym, że Anglicy grzebią w dziedzictwie jego kraju. (Z punktu etycznego zapewne miał rację. Ale Cathal nie był specjalnie miłym człowiekiem i nie zamierzał pozwolić, aby ktoś napadał na jego dostawców, bo życzy sobie, aby nie zakłócać spokoju ludzi martwych od tysięcy lat.) Nielegalna umiejętność Lety bywała przydatna.
– Co do czegoś, co należy do niego, zobaczę, co da się zrobić – skwitował, ale same klątwy miały to do siebie, że dało się je zdjąć. Shafiq wolałby pozbyć się Wellingtona – o ile ten faktycznie zaczaił się na nich w snach, używając jakiejś przedziwnej magii – w sposób ostateczny. I szybszy. – Na wszelki wypadek miejcie oczy otwarte. To nie musi być on – mruknął, bo na razie mieli tylko podejrzenia, żadnych dowodów. Nawet jeśli Wellington był faktycznie wrzodem na tyłku.
Teraz musieli skupić się przede wszystkim na… pozyskaniu informacji.
Shafiqowie wkroczyli tam dopiero później, zgodnie z ustaleniami z Ministerstwem. Ale Cathal nie był zbyt zdziwiony skargą od tego przeklętego durnia.
- Jeżeli chcesz - zgodził się na propozycję Ulyssesa. - Ale przede wszystkim chciałbym, żebyś podpytał o niego w Ministerstwie. Ktoś może coś pamiętać. A ta skarga daje ci doskonały pretekst.
Chociaż nie liczył na wiele. Niewymownych nie bez powodu nazywano Niewymownymi. Cathal zastanawiał się nawet, czy nie rzucano na nich jakiegoś zaklęcia, które uniemożliwiało im mówienie.
Spojrzał na Alethę, a jego usta wygięły się w dziwnym uśmiechu.
- Nie - powiedział, kładąc na to słowo dość mocny nacisk. Odmowa mogła wydawać się obcesowa, ale... - Chcę, żebyś ty przespacerowała się do niego o trochę innej porze. Tak jak do pana Omara w Kairze.
Trzy osoby na raz to faktycznie byłby tłok, a poza tym coś, co mogło wzbudzić nadmierne podejrzenia. Nie pomogłoby to także w realizacji planu - Cathal na razie chciał w końcu tylko wybadać sytuację.
Ale Leta mogła obserwować mężczyznę interesującą ich porą.
Nocą.
I to tak, że ten bez wątpienia nie zorientuje się, co się stało.
I Cathal już coś takiego raz delikatnie jej zasugerował w Egipcie, kiedy mieli drobne problemy z pewnym egipskim czarodziejem, niezadowolonym, że Anglicy grzebią w dziedzictwie jego kraju. (Z punktu etycznego zapewne miał rację. Ale Cathal nie był specjalnie miłym człowiekiem i nie zamierzał pozwolić, aby ktoś napadał na jego dostawców, bo życzy sobie, aby nie zakłócać spokoju ludzi martwych od tysięcy lat.) Nielegalna umiejętność Lety bywała przydatna.
– Co do czegoś, co należy do niego, zobaczę, co da się zrobić – skwitował, ale same klątwy miały to do siebie, że dało się je zdjąć. Shafiq wolałby pozbyć się Wellingtona – o ile ten faktycznie zaczaił się na nich w snach, używając jakiejś przedziwnej magii – w sposób ostateczny. I szybszy. – Na wszelki wypadek miejcie oczy otwarte. To nie musi być on – mruknął, bo na razie mieli tylko podejrzenia, żadnych dowodów. Nawet jeśli Wellington był faktycznie wrzodem na tyłku.
Teraz musieli skupić się przede wszystkim na… pozyskaniu informacji.