Byli żywi, czy martwi? Co im się przytrafiło, skoro ich ciała były tutaj cały czas – a przynajmniej tak wynikało z rozmów, że znaleźli ich nieprzytomnych przy ogniu, że Atreus wszedł w ogień i padł nagle, równie bez przytomności. I kiedy dodawało się dwa do dwóch, wynikało jasno, że ten „portal” przeniósł jedynie ich świadomość. Albo… może to nie była świadomość. Może to była… dusza? To coś, czym żywili się dementorzy? Cokolwiek to było – zdarzyło się naprawdę, bo choć wrócili do swoich ciał, to… Najwyraźniej stało się coś, co ich odmieniło. Sam pobyt tam coś im zrobił? To, że rozmawiali z duszami (echem? Cholera wie czym?) swoich zmarłych bliskich? A może to, że byli tak blisko tego krążącego wokół ognia kamienia, lub to, że przy ich obecności rozpękł się na kawałki? Nie umiała wskazać jednej przyczyny, może w ogóle źle myślała, może winne było ognisko, albo wszystko na raz… Skutek był jednak taki, że cała trójka (plus nadal nie budzący się Bulstrode) skończyła tutaj walcząc o życie. A może byli martwi i wrócili – nie potrafiła powiedzieć. Miała tylko nadzieję, że ten nienaturalny chłód przeminie.
Miała też nadzieję, że to zimno, to jedyna niespodzianka, jaką odkryją.
Trzecia nadzieja, jaką miała, to to, że ci wszyscy medycy i inne kręcące się tutaj osoby, które za każdym razem tutaj zaglądały choćby na chwilę, dadzą im w końcu święty spokój, pójdą sobie w trzy diabły i w ogóle wypuszczą ich stąd do… domu. Jakiego domu – do pracy, przecież ten powstały bałagan należało posprzątać. A sądząc po zamieszaniu jakie się tutaj działo – bo kotarki kotarkami, były tylko złudnym wrażeniem prywatności i spokoju – potrzebowali do pomocy każdych rąk. KAŻDYCH. A potencjalnie – tylko ich trójka (względnie czwórka, choć Atreus to ominął większość… zabawy) wiedziała co dokładnie się stało. Bo była pewna, że to wszystko było tak samo rzeczywiste jak twarde i niewygodne łóżko, na którym właśnie leżała. Jak drapiąca skórę pościel, którą próbowała się opatulić, by choć trochę powstrzymać drżenie ciała.
Drżenie ze zmęczenia, czy… z zimna?
Dotarły do niej ciche słowa Mavelle wypowiedziane chwilę później i w rezultacie Lestrange poruszyła się nieco niespokojnie na łóżku, mocniej zaciskając na sobie koc, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Nie pomogło. Czy nie była to jej wina? Trochę jednak była. Gdyby nie ta jej nagła… cholera wie co, wizja? Sen? Jawa? To nikomu nie przyszłoby do głowy włazić w ognisko – bo nikt o zdrowych zmysłach by w rytualny ogień nie właził. Nie skończyliby… tak – i nie chodziło o to, że leżeli w szpitalu polowym, bo to są wypadki przy pracy, nie byli zresztą tutaj jedyni. Chodziło o to, co się z nimi stało, co się przydarzyło.
Ale Patrick miał rację – ktoś musiał go powstrzymać. I Victoria w głębi serca to wiedziała, tylko, że teraz wypełniało ją poczucie winy. Świadomość, że gdyby nie to, co jej się ubzdurało, co wiedziała nie wiadomo skąd, to kamienia może i nikt by nie zniszczył (a czy to cokolwiek zmieniało? Tego też nikt nie wiedział), ale oni, ich czwórka, nie wyglądałaby tak. A Atreus nie walczyłby dalej o życie.
- Mavelle? – Victoria uniosła się na jednym ramieniu, by spojrzeć na łóżko ciemnowłosej, która ewidentnie nie umiała znaleźć odpowiednich słów, kilka razy zmieniając zdanie i nigdy go nie kończąc. - Coś cię boli? – w sumie to nie wiedziała w jaki sposób każde z nich to wszystko przeżywało – nie tak do końca. Ale Mavelle tak mocno zacisnęła dłonie, że Tori pomyślała po prostu, że coś sprawia jej ból.
- Pióro i papier może by się znalazło. Ale sowy ci z kieszeni nie wyczaruję – rzuciła do Patricka, ignorując jego pytanie o to, co tutaj robią. No przecież leżą. Leżą, bo większy ruch sprawiał trudność, bo nie mieli dość siły, bo nikt nie chciał ich stąd wypuścić. Bo to, bo tamto. - Po co ci to. I tak nic nie załatwisz, bo wszyscy są tutaj i próbują opanować ten burdel - dodała jeszcze, powątpiewająco patrząc na Stewarda, po czym opadła z powrotem na posłanie, głośno wypuszczając powietrze przez usta, i przetoczywszy się na plecy, by wgapić oczy w górę. W nic konkretnego. Nie chciała myśleć, a i tak to robiła. Chciała po prostu spać, nie myśleć, ale nic to nie dawało. I wydarzenia z nocy kotłowały jej się w głowie, przetykane krótkimi myślami o czymś innym, kimś innym, zastanawiając się, czy Sauriel już wie, co się tu wydarzyło, co teraz robi i czy powie jej coś w stylu, że przecież miała uważać. Chciała go zobaczyć. Jakąś… wydawało by się, jedyną stałą w jej życiu. Mimowolnie przejechała palcem po pierścionku zaręczynowym.