29.06.2023, 21:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2023, 21:48 przez Sarah Macmillan.)
Dziewczyna nie miała pojęcia o tym, że pan Crouch uchodził w oczach otoczenia za aspołecznego. Nie skojarzyła więc swojej obecności w tym domu z czymś wyjątkowym. Wręcz przeciwnie, czuła się maleńka w obliczu zetknięcia z człowiekiem tak uzdolnionym. No bo przecież z relacji osoby, od którego dowiedziała się, że niejaki Martin jest specem od tłumaczeń z języka łacińskiego, a po łacinie wymienił jeszcze tyle języków, że aż zakręciło jej się w głowie, to jej umysł stworzył obraz kogoś, kto musi świetnie operować słowem. To zaś nie mogło nie doprowadzić do kolejnego skojarzenia: kto mógł zostać lingwistą, jak nie jakiś czarujący podróżnik, który zwiedził pół kontynentu, może nawet udał się za tę „żelazną kurtynę”, o której tyle się mówiło, ale... jakoś nie mogła skojarzyć, kto z kim walczył, bo nie była ani trochę zaangażowana w mugolskie konflikty.
Pozytywną reakcję służki uznała po prostu za gościnność rodziny Crouch, którą od razu doceniła wielce. Lubiła pozytywnych ludzi, którzy zarażali swoim uśmiechem - tak też było w tym przypadku.
- Dzień dobly panie Clouch! - Powiedziała, przekraczając próg jego gabinetu, po naprawdę przyjemnym spacerze po domostwie tejże rodziny, podczas którego nie omieszkała zbadać ciekawskim spojrzeniem wystroju wnętrz. Kiedy się wychyliła zza winkla, spodziewała się ujrzeć kogoś innego. Kogoś bardziej charyzmatycznego, kogoś... o mniej pustym spojrzeniu. Wyraz jej twarzy nie zmienił się jednak - wciąż się uśmiechała, po czym ukłoniła się jeszcze służącej i rzuciła krótkie: Dziękuję baldzo, po czym podeszła do niejakiego Martina.
- Panie Clouch, pshyniosłam tutaj panu - i nawet nie wpadła na to, że mogła to wszystko załatwić poprzez sowią pocztę - kilka baldzo ważnych tekstów, któlych nie jestem w stanie rhozszyfrować i... oh!! - Jej głos nabrał jeszcze większego entuzjazmu. - Pan z pejczem z sabatu! Jak dobsze widzieć, że nic panu nie jest... - Usiadła naprzeciw niego, siłując się ze swoją torbą. Teczka była tak duża, że ledwo się tam zmieściła i wyciągnięcie jej nie było takie proste.
Pozytywną reakcję służki uznała po prostu za gościnność rodziny Crouch, którą od razu doceniła wielce. Lubiła pozytywnych ludzi, którzy zarażali swoim uśmiechem - tak też było w tym przypadku.
- Dzień dobly panie Clouch! - Powiedziała, przekraczając próg jego gabinetu, po naprawdę przyjemnym spacerze po domostwie tejże rodziny, podczas którego nie omieszkała zbadać ciekawskim spojrzeniem wystroju wnętrz. Kiedy się wychyliła zza winkla, spodziewała się ujrzeć kogoś innego. Kogoś bardziej charyzmatycznego, kogoś... o mniej pustym spojrzeniu. Wyraz jej twarzy nie zmienił się jednak - wciąż się uśmiechała, po czym ukłoniła się jeszcze służącej i rzuciła krótkie: Dziękuję baldzo, po czym podeszła do niejakiego Martina.
- Panie Clouch, pshyniosłam tutaj panu - i nawet nie wpadła na to, że mogła to wszystko załatwić poprzez sowią pocztę - kilka baldzo ważnych tekstów, któlych nie jestem w stanie rhozszyfrować i... oh!! - Jej głos nabrał jeszcze większego entuzjazmu. - Pan z pejczem z sabatu! Jak dobsze widzieć, że nic panu nie jest... - Usiadła naprzeciw niego, siłując się ze swoją torbą. Teczka była tak duża, że ledwo się tam zmieściła i wyciągnięcie jej nie było takie proste.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.