Cóż, Sammy potrafił przekonywać, może nie był mistrzem negocjacji, jednak Michaleson go wysłuchał i zrobił to, o co go prosił. Ułatwiło im to transport mężczyzny na polanę, dobrze się stało, mogli obejść się bez używania magii na nieszczęsnym mugolu.
Dotarli na polanę. Skoro Longbottom poporosiła, aby na nią poczekał - zrobił to. Odpalił przy tym papierosa i zaciągnął się dymem, nałóg okropna rzecz, jednak nie zamierzał z nim walczyć. Potrzebował mieć jakąś przyjemność z życia. Wyciągnął jeszcze paczkę w kierunku mugola, który stał tu z nim, może też miał ochotę uraczyć się dymkiem. Michaleson skorzystał z okazji i wziął jednego papierosa, palili je w milczeniu. Carrow obserwował przy tym, jak żywo Brenna tłumaczyła coś pracownikowi ministerstwa.
Zdążył spalić zanim Longbottom pojawiła się ponownie obok nich. Nie odezwał się słowem, chociaż wiele myśli chodziło mu po głowie. Nie powinni jednak o tym dyskutować przy tym mugolu, w ogóle nie sądził, że był to odpowiedni moment na to, żeby dzielić się tym, co sądził o tym wszystkim.
- Tak, cholera jasna. - Powtórzył jedynie to, co mówiła jego towarzyszka, bo trochę brakowało mu słów, aby to skomentować. Źle się działo, bardzo źle. Brakowało im jeszcze tylko na głowie tego, żeby mugole zaczęli pojawiać się w ich świecie. Musieli przecież dbać o to, żeby nie wiedzieli o ich istnieniu, bo to mogłoby dopiero spowodować zamieszanie, że też poplecznicy Voldemorta nie pojmowali takiej elementarnej wiedzy.
Kiwnął jedynie głową, kiedy usłyszał słowa Brenny. Spodziewał się, że nie skończyła jeszcze działać. Ruszył więc za nią ponownie do Kniei, mieli spory teren do przeczesania, szkoda było czasu na niepotrzebną dyskusję.
Dotarli do miejsca, w którym wcześniej zakończyli poszukiwania i udali się jeszcze głębiej w las. Może uda im się kogoś uratować? Miał nadzieję, że los nadal będzie im sprzyjał.
Trzymał różdżkę gotową do ewentualnego ataku, chociaż nie sądził, żeby mieli kogo atakować. Winni tym wydarzeniom na pewno dawno już ulotnili się z tego miejsca. Wtedy jego uwagę przykuł grób, ktoś musiał zostac tutaj pochowany. Nie było to jednak najdziwniejsze, bo tuż obok znajdował się duch. Dlaczego tutaj siedział? Takie miejsca typowe były dla samobójców, co więc jeszcze trzymało go na tym świecie. Czuł, że nie uzyska odpowiedzi na to pytanie.
Przyglądał się mu dość niepewnie, nic nie mówił, jednak duch sam ich zagaił. Słuchał uważnie tego, co miał im do powiedzenia. Małe dziecko i piesek Umierają. Nie brzmiało to dobrze, przeniósł wzrok na Brennę, wtedy też duch kontynuował swoje słowa najpewniej czeka śmierć - zaciekawiło go to. Nigdy nie należał do rozsądnych osób i bardzo chętnie poszedłby to sprawdzić, jednak w tym czasie dziecko mogło umrzeć. - Szkoda czasu, chodźmy to sprawdzić! - Powiedział i szybkim krokiem ruszył na pólnoc - tak jak zasugerował im duch, później będzie mógł się zająć południem. Co chwila odwracał się za siebie, aby sprawdzić, czy Brenna nadal jest tuż za nim.