Niebezpiecznie mogło być wydawać pewne osądy na głos – osądy dotyczące byłego Ministra Magii. Gdyby ich rodzice usłyszeli cóż ten Ulysses opowiada… Chester by się chyba wywrócił i poczerwieniał ze złości, Isabelle zgromiłaby go srogim spojrzeniem. Ale nie było tutaj ich rodziców, byli sami i w odpowiedzi na stwierdzenie Rookwooda, Tori się po prostu uśmiechnęła. Bo miał rację. Tak było źle, tak niedobrze. Ale w opcjach politycznych, Victoria miała wrażenie, nigdy nie było dobrze, nigdy biało, nigdy też do końca czarno (chociaż to co myślała o Leachu… cóż, bliżej było temu do czerni niż bieli). Ale tak to już było, że życie i świat składały się z odcieni szarości – albo różu, bo niektórzy widzieli wszystko w tym wesołym kolorze, przez zabarwione szkiełka okularów, nie dostrzegając, tych wszystkich smutków i negatywów.
Nie pierwszy to raz okazywało się, że mieli tak podobne zdanie i spojrzenie na wiele rzeczy. Ciekawe skąd się to brało? Patrzyli przez krzywe zwierciadło, bardzo podobne, na wartości, jakie próbowali im przekazać ich rodzice? A może była to kwestia pokolenia i krwi, jaką mieli w żyłach, w końcu Ulysses spokrewniony był z Parkinsonami przez swoją babkę, która pochodziła z tamtej linii. Może to w tej generacji obudziło się w potomkach serce do eksploracji, poznawania świata. Victoria wiele lat zaczytana była w księgach (do teraz zresztą pochłaniała wiele różnych tytułów), bywając stałą bywalczynią bibliotek wszelakich, a zwłaszcza tej, którą opiekowała się ich rodzina, Parkinsonowie – strona jej matki. Więc zdanie o mugolach jakie miała Victoria Ulysses już znał, zaś jeśli o szlamy chodziło… cóż. Nie wyzywała ich od szlam, była ponad to, najczęściej jednak po prostu nie prowadziła z nimi prywatnych interakcji, o ile nie musiała. Dlaczego? Z bardzo podobnego powodu: ostrożności. Nie ufała im, nie tak do końca. Tak, byli czarodziejami, ewidentnie Matka obdarzyła ich wrażliwością na moc i umiejętnością jej kontrolowania, ale znaczna większość zbyt bardzo… tęskniła do swojego mugolskiego świata. Nie ufała im do końca, choć oczywiście były przypadki, które tak pokochały świat magii, że za nic wrócić do mugolskiego nie chciały. I to potrafiła zrozumieć. Ktoś taki jak Leach jednak… nie pokazał, że można mu ufać, powierzyć cokolwiek. Zachłysnął się… i tylko nakręcał spiralę. Czarodzieje półkrwi byli zaś przez Lestrange traktowani zupełnie normalnie. Byli czarodziejami. Nie ich wina, że ktoś w ich rodzinie kiedyś wpuścił do łoża mugola albo szlamę. Nie byli tej najczystszej krwi, ale to nic – w końcu by była wyjątkowa, to nie każdy mógł ją mieć w żyłach, ot i tyle.
- No cóż… Może to tylko przykrywka, żeby z ostatkami twarzy odejść od stołka – stwierdziła, zapatrzywszy się na kwiaty, które rosły pod płotem i delikatnie kołysały się na wietrze. Victoria absolutnie kochała kwiaty, w domu to ona była odpowiedzialna za cały ogród – poprosiła nawet o odprawienie ogrodnika, bo uważała, że zajmie się tym wszystkim lepiej. I była pewna, że tak właśnie jest. - Albo się pochorował ze stresu – albo ktoś go podtruł, żeby się go zwyczajnie pozbyć. To była trzecia opcja, którą należało brać pod uwagę, ale pewnie (znowu) nikt rozsądny nie mówiłby o niej na głos. Pozostawała niewypowiedziana, ale kto mądrzejszy, na pewno brał ją pod uwagę. I nie wątpiła, że Ulysses również o tym pomyślał, bo miała go za szalenie inteligentnego faceta. - Życzę mu tego, by zajął się swoim życiem, a nie życiami innych, tak – podchwyciła jego myśl i ubrała ją w może nieco inne słowa. Po tym na moment nastała cisza, w której kobieta lekko przechyliła głowę, jakby i ona kładła się pod wpływem wiatru jak łodygi tulipanów i kosmosów, które tutaj rosły. - Podoba ci się tutaj? Myślisz, że mógłbyś tutaj mieszkać? – zapytała po chwili, wydawałoby się, że bezmyślnie – ale to było jedynie wyobrażenie.