01.07.2023, 14:49 ✶
Pokręciła powoli głową, starając się rozruszać zdrętwiałą rękę. Co bynajmniej nie należało do najprzyjemniejszych uczuć pod słońcem. Tyle dobrego, że nigdy nie trwało wieki, najwyżej minutę-dwie, niemniej wciąż… skrzywiła się przelotnie.
- Niee, po prostu wydawało mi się, że coś widzę, ale… – wzruszyła ramionami – … tak to bywa, jak smacznie sobie śpisz i nagle się okazuje, że trzeba się obudzić – podsumowała, rzucając mężczyźnie uśmiech. Zaraz też przesunęła dłonią po twarzy, gdy usłyszała, która godzina.
- Ja pierdolę – podsumowała wybitnie krótko porę – A dopiero co była.. dziewiąta? – zabrzmiała ciut niepewnie. Kojarzyła tę godzinę, ale trudno powiedzieć, kiedy zasnęła – nie sprawdzała przecież co chwilę zegara, gdy w skupieniu przyglądała się aktom sprawy i próbowała połączyć kropki.
Tak, naprawdę nietrudno o pracoholizm, zwłaszcza gdy pochodziło się z rodziny Bonesów. Z rodziny, gdzie większość jej członków przewijała się właśnie przez Brygadę, włącznie z jej ojcem (zwłaszcza ojcem) – choć chyba jeszcze nie osiągnęła poziomu Alastora. Ale zdaje się, że była ku najlepszej drodze do tego.
Bo ktoś nie spał, by ktoś inny spać mógł. Bo była to swego rodzaju misja – stanąć na straży, dokładać wszelkich starań, by krzywd było jak najmniej, a jeśli już nie udało się im zapobiec: żeby winni zostali osądzeni. Łatwo, bardzo łatwo, było wsiąknąć w to wszystko bez pamięci. Jeszcze jedna sprawa, jeszcze jedna zagadka, jeszcze jeden szczegół… prawie jak klasyczne „tylko jeden rozdział” czy też „tylko jedna strona”. Nigdy się na tym nie kończyło, aż nagle się okazywało, że już świta, a książce brakło stron.
- A chcesz się o to założyć? – rzuciła nieco przekornym, zaczepnym tonem, podejmując przy tym decyzję – Pójdę, poczekasz chwilkę? - Tak. Nie było co tu dłużej siedzieć, skoro zasypiała na cholernym biurku; niewiele brakowało, a może akurat obudziłaby się prosto na rozpoczęcie kolejnej zmiany. Szczegół, że zdecydowanie lepiej wypoczywało się we własnym łóżku, nie mówiąc już o zatroszczeniu się o własne ciało.
I szczegół, że prawdopodobnie ten zakład by przegrała.
Zdecydowanym ruchem zgarnęła papiery na jedną kupkę, wyrównała ją i wsadziła do teczki; ta zaś wylądowała w szufladzie, którą zaraz zamknęła, nieszczególnie bawiąc się w delikatność i zachowanie ciszy absolutnej.
Pierwsze wolne.
Pełnia.
Ta z pewnością nadchodziła; wszelkie sny – odkąd pamiętała – najbardziej wyraziste były właśnie w tym okresie, gdy srebrny glob w pełnej krasie sunął po niebie. Żaden rogal, tylko tarcza, zalewająca wszystko światłem, które niejednemu nie pozwalało spać.
I niejednemu ułatwiało nocne wędrówki.
Wolne w sąsiedztwie pełni – jakby nie dość historii, w której tkwiła przed chwilą całą sobą – stanowiło sygnał. W teorii mało znaczący, coś, na co nie zwróciłaby zapewne uwagi, gdyby nie całokształt. Ot, kamyczek do ogródka.
- Wiesz, okazuje się, że choć mówią ci, iż rozwiązywanie spraw poprzez spanie na aktach to bajeczka, to tak naprawdę wychodzi na to, że to działa – stwierdziła niby to jak najbardziej poważnie, aczkolwiek błysk w oku sugerował, iż w zasadzie miał tu do czynienia z żartem – Więc zobaczysz, jak wrócisz, to już tę sprawę zdążę zamknąć – zapewniła z uśmiechem na wargach, wychodząc zza biurka.
Słowa. Słowa. Wiedziała jednak doskonale, że jeśli nie zamknie sprawy, to zapewne przydrepcze do biurka Alka, trzymając w jednej ręce teczkę, a w drugiej – aromatyczną kawę. I uśmiechnie się najpiękniej, jak tylko potrafiła.
- Już się chwilę kumplujemy, nie, Moody? – mruknęła dość niezobowiązującym tonem, robiąc już parę kroków w stronę wyjścia i upewniając się przy tym, że faktycznie idzie, a nie uznał nagle, że…
… może sen jest dla słabych i to jednak doskonała pora, żeby jeszcze troszkę popracować.
- Niee, po prostu wydawało mi się, że coś widzę, ale… – wzruszyła ramionami – … tak to bywa, jak smacznie sobie śpisz i nagle się okazuje, że trzeba się obudzić – podsumowała, rzucając mężczyźnie uśmiech. Zaraz też przesunęła dłonią po twarzy, gdy usłyszała, która godzina.
- Ja pierdolę – podsumowała wybitnie krótko porę – A dopiero co była.. dziewiąta? – zabrzmiała ciut niepewnie. Kojarzyła tę godzinę, ale trudno powiedzieć, kiedy zasnęła – nie sprawdzała przecież co chwilę zegara, gdy w skupieniu przyglądała się aktom sprawy i próbowała połączyć kropki.
Tak, naprawdę nietrudno o pracoholizm, zwłaszcza gdy pochodziło się z rodziny Bonesów. Z rodziny, gdzie większość jej członków przewijała się właśnie przez Brygadę, włącznie z jej ojcem (zwłaszcza ojcem) – choć chyba jeszcze nie osiągnęła poziomu Alastora. Ale zdaje się, że była ku najlepszej drodze do tego.
Bo ktoś nie spał, by ktoś inny spać mógł. Bo była to swego rodzaju misja – stanąć na straży, dokładać wszelkich starań, by krzywd było jak najmniej, a jeśli już nie udało się im zapobiec: żeby winni zostali osądzeni. Łatwo, bardzo łatwo, było wsiąknąć w to wszystko bez pamięci. Jeszcze jedna sprawa, jeszcze jedna zagadka, jeszcze jeden szczegół… prawie jak klasyczne „tylko jeden rozdział” czy też „tylko jedna strona”. Nigdy się na tym nie kończyło, aż nagle się okazywało, że już świta, a książce brakło stron.
- A chcesz się o to założyć? – rzuciła nieco przekornym, zaczepnym tonem, podejmując przy tym decyzję – Pójdę, poczekasz chwilkę? - Tak. Nie było co tu dłużej siedzieć, skoro zasypiała na cholernym biurku; niewiele brakowało, a może akurat obudziłaby się prosto na rozpoczęcie kolejnej zmiany. Szczegół, że zdecydowanie lepiej wypoczywało się we własnym łóżku, nie mówiąc już o zatroszczeniu się o własne ciało.
I szczegół, że prawdopodobnie ten zakład by przegrała.
Zdecydowanym ruchem zgarnęła papiery na jedną kupkę, wyrównała ją i wsadziła do teczki; ta zaś wylądowała w szufladzie, którą zaraz zamknęła, nieszczególnie bawiąc się w delikatność i zachowanie ciszy absolutnej.
Pierwsze wolne.
Pełnia.
Ta z pewnością nadchodziła; wszelkie sny – odkąd pamiętała – najbardziej wyraziste były właśnie w tym okresie, gdy srebrny glob w pełnej krasie sunął po niebie. Żaden rogal, tylko tarcza, zalewająca wszystko światłem, które niejednemu nie pozwalało spać.
I niejednemu ułatwiało nocne wędrówki.
Wolne w sąsiedztwie pełni – jakby nie dość historii, w której tkwiła przed chwilą całą sobą – stanowiło sygnał. W teorii mało znaczący, coś, na co nie zwróciłaby zapewne uwagi, gdyby nie całokształt. Ot, kamyczek do ogródka.
- Wiesz, okazuje się, że choć mówią ci, iż rozwiązywanie spraw poprzez spanie na aktach to bajeczka, to tak naprawdę wychodzi na to, że to działa – stwierdziła niby to jak najbardziej poważnie, aczkolwiek błysk w oku sugerował, iż w zasadzie miał tu do czynienia z żartem – Więc zobaczysz, jak wrócisz, to już tę sprawę zdążę zamknąć – zapewniła z uśmiechem na wargach, wychodząc zza biurka.
Słowa. Słowa. Wiedziała jednak doskonale, że jeśli nie zamknie sprawy, to zapewne przydrepcze do biurka Alka, trzymając w jednej ręce teczkę, a w drugiej – aromatyczną kawę. I uśmiechnie się najpiękniej, jak tylko potrafiła.
- Już się chwilę kumplujemy, nie, Moody? – mruknęła dość niezobowiązującym tonem, robiąc już parę kroków w stronę wyjścia i upewniając się przy tym, że faktycznie idzie, a nie uznał nagle, że…
… może sen jest dla słabych i to jednak doskonała pora, żeby jeszcze troszkę popracować.