To był chyba jeden z najdłuższych i najcięższych dyżurów, w jakich przyszło jej brać udział i nawet na ten moment nie była pewna, kiedy się zakończy. Po wydarzeniach na Polanie nie wróciła do domu - pozostała tam, pomimo zmęczenia zarówno psychicznego jak i fizycznego, gotowa nieść pomoc tym, którzy jej potrzebowali. Adrenalina, jaka krążyła w jej żyłach nie pozwalała jej usnąć, a jej głowa pracowała na zwiększonych obrotach - dopiero gdy znalazła chwilę czasu żeby usiąść, dotarło do niej, jak bardzo jest wykończona i co tak naprawdę się wydarzyło.
Nawet gdy większość rannych na polanie otrzymała stosowną pomoc, nie oznaczało to powrotu do domu. Oznaczało to wyłącznie zmianę miejsca pobytu z polany na szpital. Teleportacja odmówiła jej posłuszeństwa - czyżby była tak zmęczona, że nie dała rady się teleportować? Za pomocą auta Samuela dostała się pod budynek szpitala, gdzie przebywali Ci ranni, których stan nie pozwalał na wypis i pójście do domu.
Działała trochę jak na autopilocie. Robiła to, co do niej należało, starając się trzymać na wodzy narastające w niej obawy oraz zmartwienia. Kiedy tylko trafiał do nich nowy pacjent, żołądek podchodził jej do gardła, w obawie że będzie to ktoś jej bliski - kiedy okazywało się, że to obca osoba, przepływała przez nią fala egoistycznej ulgi. Gdy tylko pojawiała się taka możliwość, zajmowała wolne miejsce na kanapie w swoim gabinecie i przymykała oko - była świadoma, że musi dostarczyć choć odrobinę snu swojemu organizmowi. Ten, jak na złość, buntował się - i gdy tylko udało jej się zasnąć, momentalnie przed oczami widziała obrazy z wydarzeń na polanie, co wybudzało ją w sposób gwałtowny i nieprzyjemny. I tak dotrwała do trzeciego maja.
Mijał czas, a ona wciąż nie miała żadnych wieści od swojego ojca. O ile wcześniej zaniepokojenie nie było zbyt duże - wiedziała, że ten jest zajęty pracą i nie opuści polany gdy nie upewni się, że może być jeszcze do czegoś przydatny, tak teraz mijał kolejny dzień, a on nie raczył nawet dać jej znaku życia. Ignorował jej sowy, dlatego w każdej wolnej chwili w regularnych odstępach pisała do reszty mieszkańców posiadłości, Ci jednak zdawali się ignorować ją w podobny sposób. Pewna jej część rozumiała, że są zapracowani. Druga z kolei czuła się zepchnięta na dalszy plan, zignorowana. Irytowało ją to niemiłosiernie. Przecież gdyby miała jakikolwiek wybór, byłaby tam razem z nimi, zamiast przebywać w Mungo. Gdyby teleportacja nie omawiała jej posłuszeństwa, pojawiłaby się w domu choć na chwilę.
Musiała odłożyć rozmyślania na później, gdy na ich oddział trafiła kolejna już tego dnia pacjentka. Dani bez problemu ją rozpoznała, a wtedy zimny pot oblał całe jej ciało, gdy zdała sobie sprawę w jak tragicznym jest stanie. Zeneida Moody. Kurwa mać.
Straciła rachubę czasu, gdy walczyli o nią, balansującą na krawędzi życia i śmierci, co jakiś czas tracąc równowagę i przechylając się w niewłaściwą stronę. Wspólnymi siłami kilkorga uzdrowicieli udało się złapać kobietę za dłoń i na siłę przeciągnąć w ich stronę. Czy skutecznie? To już wszystko zależało od Idy. Nie mogli nic więcej dla niej zrobić, tą walkę musiała stoczyć samodzielnie.
W międzyczasie napisała list do Alastora, wiedząc że ten zjawi się na miejscu, gdy tylko otrzyma jej sowę. Po krótkim wahaniu napisała również do Mavelle, bo choć relacja pomiędzy tą dwójką wydawała jej się skomplikowana, co tylko potwierdzały pobłyskujące od czasu do czasu nici powiązania kierowane w stronę mężczyzny od Bones, wiedziała że takich chwil nikt nie powinien przeżywać samotnie.
Wręczała jednemu z wyleczonych pacjentów wypis, gdy do jej uszu dotarł ciężki odgłos przyspieszonych kroków. Nie musiała szczególnie wytężać umysłu, doskonale wiedziała do kogo należą.
- Cześć Alek- odezwała się zmęczonym, niepodobnym do siebie głosem. Nie mówiąc nic więcej, ruszyła w stronę sali, gdzie przebywała siostra Moody'ego. Brakowało jej słów, które mogłaby mu przekazać. Alastor nie był naiwny, wszelkie banalne pocieszenia, które koiły nerwy większości ludzi nie wchodziły w jego przypadku w rachubę. Musisz mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze? Stracili ją, gdy sabat stał się celem ataku. Nic nie będzie dobrze. Ida jest waleczna, na pewno sobie poradzi? Waleczność i odwaga kobiety sprowadziły na nią nieszczęście i sprawiły, że znajdowała się właśnie w tym miejscu i w takim stanie. Cokolwiek by mu powiedziała, nie wydawało jej się odpowiednią pociechą.
Kiedy weszli do pomieszczenia, nie było śladów walki, jaką stoczyli o życie młodszej Moody. Większość pomniejszych ran była zagojona, większe, te które potrzebowały czasu, ukryte były pod czystymi bandażami, spod których unosił się aromat mieszanki ziół. Sama Ida wyglądała jakby spała - miała zamknięte oczy i spokojny wyraz twarzy. Dani nie powiedziała nic, choć jej ciało i tym razem zadziałała instynktownie, kładąc jedną z dłoni na barku mężczyzny.
beauty and terror
just keep going
no feeling is final