01.07.2023, 17:42 ✶
Byłem spóźniony na spotkanie z własnym ojcem i, cóż, przez jakąś setną sekundy rozważałem, czy w ogóle iść na spotkanie, czy może nie sfingować własnej śmierci... A może nawet i popełnić sobie samobójstwo ukartowane na sprytne morderstwo by mieli po mojej śmierci nieco zabawy? A mordercy by nie było! Diaboliczne. Hehe. Dowcipniś ze mnie, że pożal się Merlinie...
Wracając jednak na ziemię, myślę, że przemawiało przeze mnie zestresowanie. Ręce miałem spocone, w ustach sucho. Nie przepadałem za wchodzeniem do tego gabinetu. Ojciec zapraszał nas tu rzadko i bardzo dobrze, bo nie ciągnęło mnie do tego miejsca. Myślę, że nie byłoby to kłamstwem, gdybym orzekł, że to najgorsze miejsce w tym domu. Aktualnie do tej listy dopisywałem również piwnicę, odkąd zamieszkiwał ją mniej - bądź przez pewne osoby bardziej - proszony GOŚĆ. Osoba tak ważna, że przyćmiewała swą wagą mnie i me rodzeństwo nawet razem wziętych, a nie przecież o to mi chodziło w tym całym wyścigu szczurów. Chciałem być w przyszłości gwiazdeczką naszej rodziny! Szkoda, że obcy miał większe szanse w tym wyścigu, choć przecież ja też popierałem czystość krwi. Sam z siebie! I mogłem nawet zrobić rozpierdol większy od czegokolwiek... Gdyby zaszła potrzeba, może nawet przebiłbym w knowaniach samego Grindelwalda?
Westchnąłem ciężko i do samych drzwi dotarłem już na palcach by nie robić nadmiernego hałasu. Przytknąłem ucho do drewna, ale słyszałem tylko - albo aż? - rój żądlibąków. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Czasami fantazjowałem, że pogryzły go do trupa, a potem z fascynacją oglądałem jego pożądlone truchło. Byłem wtedy małym chłopcem, chorym na umyśle małym chłopcem. Teraz zmianie uległo jedynie to, że dorosłem i byłem już mężczyzną, chorym na umyśle dorosłym mężczyzną. Ale Vespera nadal mnie kochała i to mi wystarczyło.
Zapukałem. Trzeba było wchodzić, bo z tego zdenerwowania myśli miałem coraz głupsze. Szkoda czasu na podobne mrzonki. Miałem wiele innych spraw do załatwienia w dniu dzisiejszym.
I cisza. Chciałem odruchowo zapukać raz jeszcze, ale upomniałem się w duszy, że przecież to nie było Ministerstwo Magii, tylko cholerny Little Hangleton, zwany niekiedy pieszczotliwie domem. Na domiar złego poczułem - raczej wyobraźnią, a nie stanem faktycznym - jak Mroczny Znak na moim lewym przedramieniu mnie zapiekł. Miałem wyrzuty sumienia? A może to dlatego że nie czułem się z tym tak do końca na miejscu? Niczym zdrajca?
Wracając jednak na ziemię, myślę, że przemawiało przeze mnie zestresowanie. Ręce miałem spocone, w ustach sucho. Nie przepadałem za wchodzeniem do tego gabinetu. Ojciec zapraszał nas tu rzadko i bardzo dobrze, bo nie ciągnęło mnie do tego miejsca. Myślę, że nie byłoby to kłamstwem, gdybym orzekł, że to najgorsze miejsce w tym domu. Aktualnie do tej listy dopisywałem również piwnicę, odkąd zamieszkiwał ją mniej - bądź przez pewne osoby bardziej - proszony GOŚĆ. Osoba tak ważna, że przyćmiewała swą wagą mnie i me rodzeństwo nawet razem wziętych, a nie przecież o to mi chodziło w tym całym wyścigu szczurów. Chciałem być w przyszłości gwiazdeczką naszej rodziny! Szkoda, że obcy miał większe szanse w tym wyścigu, choć przecież ja też popierałem czystość krwi. Sam z siebie! I mogłem nawet zrobić rozpierdol większy od czegokolwiek... Gdyby zaszła potrzeba, może nawet przebiłbym w knowaniach samego Grindelwalda?
Westchnąłem ciężko i do samych drzwi dotarłem już na palcach by nie robić nadmiernego hałasu. Przytknąłem ucho do drewna, ale słyszałem tylko - albo aż? - rój żądlibąków. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Czasami fantazjowałem, że pogryzły go do trupa, a potem z fascynacją oglądałem jego pożądlone truchło. Byłem wtedy małym chłopcem, chorym na umyśle małym chłopcem. Teraz zmianie uległo jedynie to, że dorosłem i byłem już mężczyzną, chorym na umyśle dorosłym mężczyzną. Ale Vespera nadal mnie kochała i to mi wystarczyło.
Zapukałem. Trzeba było wchodzić, bo z tego zdenerwowania myśli miałem coraz głupsze. Szkoda czasu na podobne mrzonki. Miałem wiele innych spraw do załatwienia w dniu dzisiejszym.
I cisza. Chciałem odruchowo zapukać raz jeszcze, ale upomniałem się w duszy, że przecież to nie było Ministerstwo Magii, tylko cholerny Little Hangleton, zwany niekiedy pieszczotliwie domem. Na domiar złego poczułem - raczej wyobraźnią, a nie stanem faktycznym - jak Mroczny Znak na moim lewym przedramieniu mnie zapiekł. Miałem wyrzuty sumienia? A może to dlatego że nie czułem się z tym tak do końca na miejscu? Niczym zdrajca?