W normalnych okolicznościach Cameron cieszyłby się z widoku Bulstrode, która nie prezentowała się tak doskonale, jak zazwyczaj podczas obchodów po szpitalnych oddziałach czy na salach wykładowych. Pewnie sypnąłby z rękawa jakimś żartem. Bądź co bądź, zawsze wydawała się taka... obojętna. Jakby nic nie było w stanie jej zaskoczyć, a jeśli już tak było, to akceptowała dany stan rzeczy, zanim ktokolwiek wychwyciłby jej zdziwienie.
Teraz jednak nie było mu ani trochę do śmiechu. Sam fakt, że kobieta nie miała czasu doprowadzić się do porządku, świadczył o tym, że wydarzenia na Beltane oficjalnie zasłużyły na miano „katastrofy”. Widział, jak Florence radziła sobie w św. Mungu, nawet gdy był przepełniony ofiarami wypadków czy magicznych pojedynków. Zawsze sprawiała wrażenie, że ma wszystko pod kontrolą. A teraz? Teraz wszystko wydawało się nieco... niepewne.
— P-p-przepraszam, pani Bulstrode, — Wyprostował się niczym struna od gitary. To chyba jednak dalej była rzeczywistość. Cholera. — N-n-nie.... J-ja...
Chciał zaprotestować. Czy dwie godziny po tym wszystkim, czego doświadczył, naprawdę wystarczyło? Z drugiej strony, pacjenci nieraz budzili się po operacjach w ciągu trzydziestu-czterdziestu minut. A w tym wypadku Lupin nie był obiektem żadnego większego zabiegu. Wziął głęboki oddech. Bulstrode była bezpośrednio, ale miała rację. Musiał wziąć się w garść.
— J-już się za to biorę — wymamrotał, opuszczając stopy na podłogę.
Włożył buty, poprawił swoje ubranie i sięgnął po jeden z kitlów lekarskich, które odróżniały uzdrowicieli od innych pracowników operujących na terenie niedawno Beltane. Następny krok wydawał się naturalny: ruszył do torby, z której wyjął wspomniany przez kobietę eliksir, a następnie sięgnął po rozłożone w kącie fiolki.
— J-j-jak w-w-wiele osób w-w-wysłał szpital? — spytał, wręczając kobiecie usłużnie odmierzone Szkiele-Wzro.
Rozejrzał się po okolicznych łóżkach, jakby jedno spojrzenie po pacjentach mogło pozwolić mu zorientować się w sytuacji. To był błąd. Teraz gdy w zasięgu wzroku miał więcej łóżek, zdał sobie sprawę, że skala zdarzeń, a także liczba rannych była większa, niż przypuszczał. Nie mówiąc o tym, że pewnie dalej nie dotarli tu wszyscy ocalali.