W swoim najgorszym koszmarze nie podejrzewałaby Ulyssesa o to, że miał wpływ na wydarzenia minionej nocy. Przez całe swoje życie ani przez moment nie zakładała, że mógłby mieć coś wspólnego z tymi pozbawionymi jakiegokolwiek sumienia, zamaskowanymi ludźmi ziejącymi nienawiścią. Przecież to był Ulek. Ten, analizował każdy jej durny żart, wyciągając z niego wnioski zupełnie niezwiązane z tematem dowcipu. Ten, od którego w dzień w swoich urodzin zawsze otrzymywała upominek i list o przyjemnej dla serca treści. Ten, z którym po raz pierwszy poszła do mugolskiego kina. Ten, który myślała, ale tylko odrobinę i przez chwilkę, że być może lubi ją nieco bardziej niż zwykłą koleżankę, bo przecież czystość krwi to ostatnie, co ma wpływ na ich relację. Ten, który stopniowo odsunął ją od siebie bez słowa wyjaśnienia, przestał się angażować, nie zabiegał o kontakt, mimo jej usilnych starań.
Cieszyła się, że go widzi, bardziej niż zwykle. Zbyt wiele cierpienia, krwi i rannych widziała tej nocy, a on był zdrowy i cały, w jednym kawałku. I, pomimo tego szaleństwa, które działo się właśnie na polanie, Ulysses wyglądał tak, jak go zapamiętała. W idealnie dopasowanym krawacie, białej koszuli i skrojonym na miarę garniturze. Gdy czuła, jak ją obejmuje i przyciąga do siebie, zamknęła oczy, biorąc głębszy wdech. W chwili gdy przytulała go mocniej, przez moment dotarł do niej subtelny i ledwo wyczuwalny zapach tytoniu. Naprawdę się o nią martwił?
- Przepraszam - odpowiedziała przytłumionym głosem, bowiem jej twarz ukryta była w jego szyi. - Nie chciałam Cię martwić. Już nie będę. Nawet nie wiesz jaka to ulga widzieć Cię całego...
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że gdyby Ulysses nie odłączył się od nich wtedy, to ona byłaby tą, która usiłowałaby go wysłać do domu. Nie był ich celem. Choć tej nocy wszyscy mogli przekonać się, że celem śmierciożerców są nie tylko mugolacy i zdrajcy krwi, ale wszyscy inni, nawet ci posiadający odpowiednie nazwisko i pochodzenie.
Ciężko powiedzieć jak długo wisiała mu na szyi - straciła rachubę czasu. Kiedy w końcu go puściła, czujnym wzorkiem zmierzyła jego twarz, jakby w poszukiwaniu jakiegokolwiek zranienia czy otarcia. Jakby to, że nic złego mu się nie stało było fikcją, o której za chwilę miała się boleśnie przekonać. Ku swojej uldze, nie dostrzegła niczego, co mogłoby ją zaniepokoić.
- Wygonili mnie z namiotu medyków - poskarżyła mu się - W dodatku przebąkiwali coś, że mam wracać do domu i odpocząć chociaż kilka godzin, ale nie dałam się. Doszliśmy do kompromisu, że wyjdę na powietrze na chwilę... widziałeś gdzieś mojego tatę? Od wczorajszego poranka go nie widziałam, a jestem pewna, że nie uciekłby z polany, gdy rozpętało się to piekł... - wyrzucała z siebie. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, jak egoistycznie zachowywała się, mówiąc wyłącznie o sobie. Szybko potrząsnęła głową. - Przepraszam. To nic istotnego. Co tu robisz, Ulysses? - momentalnie pobladła. Pamiętała przecież, że jego ojciec pracuje z jej tatą w jednym departamencie. - Bliscy. Twoi bliscy Ulek. Są bezpieczni i zdrowi?
beauty and terror
just keep going
no feeling is final