Była zimna. Była przeraźliwie zimna, jak trup, było też jej zimno i nieprzyzwyczajona do tego ciągle drżała… Tyle, że dla drugiej bryłki lodu pewnie musiała wydawać się przyjemna w dotyku. To właśnie nazywano chichotem losu.
Kiedy tak szli przez… pole dokądś tam, Victoria nie wiedziała nawet dokąd dokładnie, musiała się zatrzymać co najmniej dwa razy i bezczelnie i bez pytania chwytała wtedy ramię Sauriela, by się podeprzeć. Oddychała mocniej kilka razy i równie bez komentarza ruszała dalej, jak gdyby nigdy nic. Nic się nie stało, niczego tutaj nie było. Rozumiała już jednak dlaczego nie chcieli ich stąd wypuścić samych, by w pojedynkę, o własnych siłach, wracali do swoich domów. Wiedziała też, że następnego dnia wcale nie będzie gotowa i zdolna do pracy i pewnie będzie tylko przeszkadzać – i to zakładając, że w ogóle uda jej się zasnąć w nocy. Ale prawdę mówiąc to Victoria nawet na to nie liczyła. To w ogóle nie było jak ona; zwykle dawała z siebie jeśli nie wszystko to bardzo wiele, a teraz myślała tylko o tym, by teraz inni się wykazali, bo ona już zrobiła swoje. I zapłaciła za to cenę. Że chciała odpocząć. I jednocześnie chciała się czymś zająć, byle nie myśleć o tym, co było. I myśleć chciała, bo tu było wiele niewiadomych, wiele ciekawych rzeczy gotowych do poznania. Zupełnie zaskoczyło ją to, że Sauriel podprowadził ją do jakiegoś… samochodu. Tak, wiedziała co to jest i jak działa, wystarczająco dużo miała do czynienia z mugolami kiedy pracowała w Pogotowiu Magicznym, żeby nie wiedzieć. Ale i tak przystanęła i spojrzała na Sauriela pytająco. To było długie, przeciągłe spojrzenie, pełne niezrozumienia, ale ostatecznie wylądowała w samochodzie. W końcu darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby… kiedy było się w tak dziwnym stanie i nastroju jak ona.
A potem musiała się czegoś złapać, bo Sauriel był równie dziki za kierownicą co poza nią – na to wyglądało. Przynajmniej do czasu, bo w końcu dłonie Victorii rozluźniły się i przestała tak kurczowo zaciskać palce. Szczęście w nieszczęściu było takie, że mieszkała w Dolinie, znaczy, że nie spędzą w tej puszce Merlin wie ile czasu… no chyba, że Rookwood wcale nie chciał jej zawozić do domu jej rodziny.
Było wiele rzeczy, które chciała mu teraz powiedzieć, ale jakoś… miała pustkę w głowie. Bo po pierwsze nie wiedziała w ogóle od czego zacząć, po drugie nie wiedziała, czy on w ogóle chce ją słuchać, a po trzecie jakoś tak… jak przychodziło co do czego, to wszystkie sensowne myśli wywiało jej z głowy i pozostawała pustka. Pustka i bijące serce, które mówiło, na przekór wszystkiemu, że jednak wciąż żyła. Racjonalizowała sobie tę mocną chęć spędzania czasu w jego towarzystwie właśnie tym, że otarcie się o wieczność uświadomiło jej, co ma do stracenia. W końcu w obliczu śmierci ludzie uświadamiali sobie różne rzeczy, mniej czy bardziej oczywiste…
- Masz na myśli, że jest bezuczuciowa? Albo raczej, że liczą się dla niej efekty, a niekoniecznie metody? – że była zimna, surowa… - Heh – rzuciła, kiedy Sauriel dokończył. W twarzy Lestrange było widać jakiś taki… smutek. Myślała, że co jak co, ale w takiej sytuacji jaka nastąpiła, to prędzej czy później zobaczy swoich rodziców. Chyba, że nie wiedzieli, jak bardzo było źle? Nie, bez sensu. Na pewno wiedzieli. Wydawało jej się, że ktoś mówił, że jej ojciec próbował się do nich dostać, ale go odesłali do innej części, by tam pomagał i nie denerwował się nad prawie nieżywym ciałem córki. - Powiedziałeś jej, że jest… - zawahała się. Jakoś w tym kontekście słowo „kurwa" nie chciało jej przejść przez gardło. - Jakoś trudno mi uwierzyć, że w takim wypadku obyło się bez kłótni… – i co, tak po prostu go puściła? Bogowie, miała nadzieję, że to nie pójdzie dalej. Że Isabella nie poskarży się Erykowi, że ten znowu nie ukarze syna… ale nie była naiwna. Na pewno mu wspomni… chyba że była zajęta czymś innym i dlatego nie mogła się zjawić? To też Victoria próbowała sobie racjonalizować. - Mam nadzieję, że nigdy nie będę taka jak ona – wyznała cicho. Oglądała świat przez szybę samochodu i widziała ilość zniszczeń. Te rany będą się goiły długo. - Dlatego przyszedłeś? – zapytała po chwili, nawiązując do jego opinii o Isabelli Lestrange i tego, że jej napyskował, zupełnie nie myśląc o konsekwencjach. Świadomość tego sprawiała, że coś jej się przewracało w żołądku. Ze strachu o niego i… i… Nie umiała nazwać tego uczucia.