Nie patrzyła już w jego kierunku, więc nie zauważyła tego, co mężczyzna planował. Skupiła się na kaczkach z delikatnym, zadowolonym uśmiechem obserwując jak brodzą w lekko wzburzonej wodzie. Były przeurocze i chyba wobec nich Avelina potrafiła okazać odrobinę ciepła (nie licząc oczywiście jej bliskich znajomych, których kochała). Zignorowała jego słowa – zresztą mógł to zapamiętać jeszcze z ich rozmów z czasów szkolnych – Avelina nigdy nie nadużywała słów i jeśli uznała, że coś nie jest godne jej komentarza po prostu tego nie robiła.
Nienawidziła tego uczucia, że lubiła z nim przebywać. Był podły, wredny, pochodził z rodu dosyć konserwatywnego – zupełne przeciwieństwo Paxtonówny, a jednak potrafiła znaleźć z nim wspólny język, lubiła się z nim przekomarzać, wyluzować i być po prostu niemiła, bo wśród jej znajomych takie zachowanie nie było odpowiednie. Dla jej znajomych starała się być przyjemna, ciepła i otwarta, ale to czasami ją męczyło. Trzymanie przy sobie ludzi było ciężkie, a Rookwooda nie musiała trzymać, nie musiała dbać o to, aby ją lubił, bo obojgu na tym nie zależało. Nie musieli knuć, grać, starać się, aby poziom relacji był odpowiedni i przyjacielski. Mogli siebie nawzajem denerwować i nic by na tym nie stracili.
Nagle od jej czoła odbiło się ziarno, które rzucił Augustus. Spojrzała na niego zaskoczona z wymalowanym wręcz, szczerym szokiem na twarzy. Uniosła jedną brew ku górze, a potem się zaśmiała. Potrzebowała tego, a było to tak cholernie głupie.
– Ooo, Rookwood nie zapomniał czym jest zabawa. – zmrużyła oczy przyglądając się mu uważnie. Zdecydowanie zmienił się od momentu ich ostatniego spotkania. Miał brodę, stał się mężczyzną, był wyższy i trochę masywniejszy, potężny. Ona wręcz zmizerniała, schudła i w oczach mogła zmaleć. – Ile się u ciebie wydarzyło? – zapytała cicho i zabrała mu torebkę z karmą dla kaczek. – To dla kaczek. Nie podjadaj – prychnęła i rzuciła kolejną garść ziaren na wodę.