Przez moment przyglądała się Mavelle po swoim pytaniu, a kiedy dostała odpowiedź, że nie o to chodzi – zmarszczyła brwi. Jeśli nie o to chodzi to o co? Odpowiedź przyszła jednak dość szybko, a przynajmniej szybko jak na jej obecne standardy, kiedy czuła się tak ociężała, jakby taplała się w słoju ze smołą. Bardzo zimną smołą. A czas jakoś tak sobie przelatywał, nie zważając na to, że jej umysł jeszcze nie miał okazji za wszystkim nadążyć.
„Tam pod koniec…” Victoria wysiliła pamięć, cofając się wspomnieniami do wydarzeń, jakich byli świadkami. Domyślała się, że nie chodziło o samą końcówę, bo wtedy nie działo się nic – czekali na zbawienie, aż… No. Więc wcześniej. Wcześniej… Kręcący się kamień, młot nań opadający, Victoria próbująca rozproszyć zaklęcie, aż ją ręka zabolała. Odruchowo spojrzała teraz na swój nadgarstek i przejechała po nim drugą dłonią. Nic na nim nie było. I Voldemort… Który zwrócił się do Mavelle.
- Poczekaj… - Victoria zmarszczył brwi jeszcze mocniej. - Poczekaj. Voldemort. On zwrócił się do ciebie. Rzucił na ciebie zaklęcie, powiedział, ze zostawi ci pamiątkę… Myślisz, że to co stało się tam ma oddźwięk tutaj? – Lestrange ciągle miała problem, by złapać jakiś sens tego, na ile realne były tamte wydarzenia, jeśli ich ciała ciągle znajdowały się tutaj. Najwyraźniej… było to stu procentowo realne. - To o to chodzi? Czy o co innego? – Victoria nie wiedziała jak jej pomóc, bo nie wiedziała w czym jest problem. W czymś jednak ewidentnie był i Mavelle bardzo starała się to przekazać. Uniosła się nieco gwałtowniej na łóżku kiedy Mavelle złapała się za gardło i już była gotowa wołać o pomoc… kiedy ta sama przyszła.
W tym wszystkim nie zauważyła, że Patrick gramolił się na swoim łóżku i właśnie z niego spadał.
Na szczęście nie wyrżnął, bo jakaś kobieta go złapała. A sądząc po rozmowie jaka się wywiązała – znali się. Lestrange wytrzymała to podejrzliwe spojrzenie kobiety bez mrugnięcia okiem.
- Mavelle potrzebuje pomocy – powiedziała bez zawahania, bo co złego to nie ona. Nie wybierała się stąd nigdzie, nie zamierzała pisać żadnych dziwnych liścików nie wiadomo po co, ani się forsować. Po prostu to jak zachowywała się Bones… bardzo ją martwiło. I jako dowód grzecznie opadła z powrotem na swoje posłanie. To była pielęgniarka? Medyczka? Nie ważne – ktoś z personelu medycznego. W każdym razie kobieta nie musiała się martwiuć, bo Victoria miała instynkt samozachowawczy i nie zamierzała się bawić w bohaterkę, żeby po trzech krokach paść i by ktoś musiał ją zbierać, bo musi biec do lasu w sumie nie wiadomo po co. - A Patrick chciał sowę i pióro – mruknęła, po czym zorientowała się co powiedziała. - Znaczy papier i pióro. I sowę też, tylko nie wiem po co – wymamrotała. Nie kryła się nawet z tym, że uważała to za wyjątkowo dziwaczną i bzdurną zachciankę, biorąc pod uwagę w jakiej sytuacji się znaleźli.