Alastor nie był jedyny, który obwiniał się o to, co wydarzyło się na polanie. A raczej o to, że mógł zrobić więcej i pomimo usilnych starań, nie dał rady. I, gdyby o tym pomyśleć, jest to trochę ironiczne - bo jedynym człowiekiem, który powinien wziąć całą winę na siebie był Voldemort oraz banda tchórzy, którzy nie wiedzieć czemu uznawali go za pana i władcę.
Nie mówiła o tym nikomu, bo nie było na to czasu i wszyscy mieli ważniejsze sprawy na głowie niż jej personalne rozterki. To jeszcze nie był czas na refleksje i przemyślenia. Podstępny głos z tyłu głowy co jakiś czas odzywał się i przypominał, jak bardzo zawiodła. Dlaczego nie zatrzymała w porę Julka, który chcąc ratować koleżankę podjął się użycia magii, której nie rozumiał? Dlaczego ta młodziutka, ruda brygadzistka była w tak tragicznym stanie? Na litość Merlina, przecież w Mungo spotykała się ze znacznie gorszymi przypadkami, nie była raczkującą stażystką, która nie radziła sobie w sytuacjach stresujących. Czemu Erik skończył z poparzonymi rękoma i podbitym okiem? A jednak, zawiodła. Mimo, że obiecała sobie, że nie będzie tego wieczoru balastem, w taki sposób właśnie się czuła.
W jej oczach wszyscy, którzy tej nocy byli z nią na polanie byli bohaterami. To dzięki Alastorowi przeżyła stratowanie przez spanikowany, uciekający w popłochu tłum. To on osłaniał ją ramieniem, gdy dookoła ciskano wrogimi zaklęciami i niewiele brakowało, by jedno z nich poleciało właśnie w jej stronę. To Brenna bez chwili zawahania stanęła pomiędzy nią a wrogimi, zamaskowanymi postaciami, które chcieli uderzyć w nią ogromnymi, majowymi słupami. Gdyby nie oni, nie byłoby jej tutaj. Albo była, ale zamiast pracować w pocie czoła, leżałaby na jednej z kozetek w stanie, najpewniej krytycznym.
Zastanowiła się przez moment. W duchu mogła dziękować za sposób, w jakie sformułował pytanie. Gdyby zapytał konkretnie o nią, miałaby problem ze sklejeniem sensownej, pozbawionej chaosu wypowiedzi.
- Mav wyszła ze szpitala wczoraj wieczorem i znając życie, pomimo zaleceń uzdrowicieli, pobiegła do pracy. Brak możliwości teleportacji nie przeszkadza Brennie w poruszaniu się pomiędzy miejscami z prędkością światła. Choć znając ją, pewnie próbowała przekonać kierowcę Błędnego, że na pewno może jeszcze trochę przyspieszyć - zaczęła. - Erik i moja siostra... nie widziałam się z nimi od wczoraj. Prosto z polany przyszłam tutaj - przyznała, wzruszając lekko ramionami. Prędzej czy później będzie musiała odespać. W końcu i jej ciało odmówi posłuszeństwa, a wtedy nie będą przeszkadzać jej nawracające koszmary, i nawet kąt w rogu sali okaże się idealnym miejscem na drzemkę. - Tylko martwię się o tatę, ciągle nie daje znaku życia. Wiem wiem, ma silne poczucie obowiązku i nie chce zostawiać ludzi w potrzebie... ale napisanie krótkiego listu nie zajmuje dużo czasu
Potrząsnęła głową. Nie miał za co przepraszać. Nie była egoistką, by oczekiwać od kogokolwiek uwagi w tak trudnych dla wszystkich chwilach. Na odpoczynek i zadumę przyjdzie czas, gdy wstępnie posprzątają szkody, jakie poczynili śmierciożercy. Gdy objął ją ramieniem, nie opierała się. Wolną ręką objęła go w pasie i dosyć delikatnie oparła na nim swoją głowę. I to był ten moment, w którym nie dała rady powstrzymać emocji. Trzymała je na wodzy w nocy, gdy jej bliscy walczyli o życie i lepszy świat. Powstrzymywała je, gdy leczyła rannych w namiocie polowym na polanie. Rannych w imię chorej ideologii człowieka. Tych wszystkich ofiar można było przecież uniknąć.Jej wargi zadrżały, gdy opuszczała głowę.
- Ministerstwo poskąpiło wam koców? Możesz pożyczyć jeden stąd, choć nie obiecuję, że będzie idealnie czysty i pachnący... - rzuciła wilgotnym głosem równie głupim i niedorzecznym żartem. Pociągnęła nosem, odsuwając się od mężczyzny. Niepostrzeżenie (a przynajmniej taką miała nadzieję), otarła rękawem szaty twarz.
- Powinni. Po uprzedniej identyfikacji, oczywiście - odpowiedziała, zgodnie ze swoją wiedza. A przynajmniej miała nadzieję, że tak jest i nikt nie ignoruje akurat tej procedury. - Ludzie poszukują swoich bliskich, Alastorze. Nic dziwnego, że kierują swoje kroki do szpitala w nadziei, że tu właśnie ich znajdą. Tu... zamiast w kostnicy, albo gdzieś w lesie - odezwała się. - W budynku aż roi się od aurorów i Brygadzistów. Naprawdę sądzisz, że ktoś byłby tak skończonym kretynem, by mimo to próbować dostać się tu nielegalnie? - zapytała. Szpital to świętość. Miejsce, w które nigdy, przenigdy nie powinno paść żadne wrogie zaklęcie. Jak spaczonym człowiekiem trzeba było być, by chcieć wedrzeć się do środka, gdzie przebywali ranni, niezdolni do walki i samoobrony?
Pojawienie się Mavelle nie było niczym zaskakującym, w końcu sama dała jej znać o tym, co się dzieje i że jej obecność jest raczej wskazana. Tylko przez niewielki ułamek sekundy cisnął się jej na usta słaby żart, który w sumie nie był żartem - że dzięki za ignorowanie tych sów, które do Ciebie wysyłałam, następnym razem będę pamiętać, że list o Alastorze potrzebującym wsparcia będzie pierwszym, wtedy na pewno pojawisz się tu natychmiast. Te słowa nie przeszły jej przez gardło, gdy spojrzała na bledszą niż zwykle kuzynkę. Bez najmniejszego wahania objęła ją, mocno przytulając. Uderzył ją chłód, który pomimo upływu czasu dalej towarzyszył Bones. Nie był to powód, by puszczać Mavelle z objęć, choć nie dała rady powstrzymać wzdrygnięcia się, gdy przeszył ją zimny dreszcz.
- Powinnam teraz rzucić żartem o chłodzie, jaki od Ciebie emanuje... - odezwała się głupio. - Ale żaden dobry nie przychodzi mi do głowy. Może... zrobię Ci gorącej herbaty, co Ty na to? - rzuciła, choć wiedziała, że rozgrzewająca herbata nie jest tym, co sprawi, że temperatura Bones wróci do normotermii. I nawet goździki i syrop imbirowy nie będą tym razem wystarczające.I pewnie udałaby się natychmiast, wiedząc że jej obecność w tamtym miejscu w tej chwili jest absolutnie zbędna, a Mavelle jest znacznie lepszym towarzyszem dla Alastora od niej samej, gdyby nie to, że... jej trzecie oko ujawniło się w momencie, w którym wcale go nie potrzebowała.
To wina zmęczenia? Przeżyć? Zamrugała dwukrotnie, cofając się o dwa kroki, w niemym zaskoczeniu obserwując aury, jakie malowały się dookoła tej dwójki. Dotarło do niej, że to pierwszy raz, gdy widzi Aurę Moody'ego - dotychczas zdawał się być jak zamknięta księga z działu ksiąg zakazanych, niedostępna dla publiczności. To, co zwróciło jej uwagę były widoczne tylko dla niej nici, które łączyły go z obecnymi tu osobami. Obserwowała ich barwy, to w jaki sposób lśniły, unosząc się bezwładnie w powietrzu.
Do pomieszczenia weszła kolejna osoba, najpewniej zaproszona przez samego Alastora. Eden Lestrange. Córki Ministra Magii zdecydowanie nie spodziewała się spotkać w takim miejscu. Przy pięknej, zwracającej na siebie uwagę wszystkich blondynce wyglądała trochę tak jak wróbelek przy pawiu z dumnie rozłożonym ogonem. Zwłaszcza w tym pogniecionym fartuchu szpitalnym, na prędko upiętych, roztrzepanych włosach i zmęczeniu wymalowanym na twarzy.
- Dzień dobry... - zaczęła. I pewnie powiedziałaby coś jeszcze, bo mimo wszystko, swoją specyficzną charyzmę posiadała, jednak zaniemówiła. A to wszystko przez nici, które pomimo kilkukrotnego mrugnięcia oczami, nie chciały się ukryć. A nici te prowadziły od Eden do Alastora. Co tu się do cholery działo...?
beauty and terror
just keep going
no feeling is final