02.07.2023, 22:00 ✶
Deszcz się rozszalał, przeradzając w ulewę. Nie podobało mi się to, gdyż było niewygodne, ale jednocześnie chroniło przed niepowołanym podsłuchem. Oraz większa pewność, że jeśli ktoś byłby w stanie, podobnie jak my, umówić się na tajemne spotkanie w mugolskiej części Londynu, to bacząc na pogodę, ewidentnie musiał zaniechać podobnego pomysłu. To dodawało komfortu.
I dyskomfortu. Dwa razy w ciągu dnia być tak blisko Aveliny było posunięciem podwójnie niebezpiecznym. Co prawda nie pachniała różami, do których miałem słabość, ale pachniała równie mdło jak one. Gdybym miał strzelać, postawiłbym na lawendę. Może wirtuozem ziół nie byłem, ale swoje wiedziałem o świecie oraz o przyrodzie. Nawet wciągnąłem nosem powietrze, robiąc nieco głębszy wdech. Nieświadomie na moment przymrużyłem oczy w skupieniu, ale potwierdziłem swoją tezę.
- Nie - skwitowałem krótko jej szanse na bycie szpiegiem. - Gdybym miał cię zaklasyfikować, to raczej jako antyszpiega, o ile byłby podobny zawód - podsumowałem zgodnie z prawdą, którą wyznawałem. Może Avelina była cicha, niewiele mówiła, ale była raczej niezdarna i nie wykazywała się gracją. Myślę, że szybko by się zdradziła jako szpieg, ale... cicha woda brzegi rwała, czyż nie? I nie mogłem zapominać o kociołku pełnym jadu, wrzącego jadu.
Najbardziej nurtujące było to, że nie miałem pojęcia, co tak naprawdę o mnie myślała, kiedy tak na mnie patrzyła. Niby delikatna, miła i mdła, ale nie zdradzała swoim wyrazem twarzy, co tam się za nią kryło. Nurtowało mnie to i przyciągało. Kiedy rzuciła propozycją byśmy się schowali, miałem ochotę objąć ją ramieniem w pasie i zablokować przed jakimkolwiek uciekaniem mi z tego miejsca, bo... Podobało mi się to? Ta intymność między nami? Nie, raczej nie. Po prostu preferowałem ją peszyć. Gubiło ją stanie na przeciwko mnie, tak blisko - to akurat byłem w stanie wyczytać z jej twarzy i mnie bawiło.
- Chodźmy - mruknąłem i skierowałem się wraz z nią do altany. Tam magia prysła. Pojawiła się ponownie służbistość. Tak było lepiej. Bezpieczniej.
- Preferuję zmianę miejsc. Dla... komfortu - odparłem, dając jej tym samym przypomnienie o prośbie, którą jej wyznałem. Pragnąłem być bezpieczny. - Dostosuję się do ciebie, ale wybieraj miejsca i pory spotkań rozsądnie.
Nie chcieliśmy afery, ani ona, ani ja. Ja szczególnie. Przymknąłem na chwilę oczy, wsłuchując się w szum - niekiedy bywał relaksujący, niekiedy wkurwiał. Zależało od stanu duszy. W tej chwili dziwnie relaksował, wyciszał. Otworzyłem oczy i spojrzałem na Avelinę.
- Ponoć jesteś najlepsza - zaśmiałem się z nutką drwiny by przypadkiem nie przywykła do komplementów z mojej strony. - Poza tym cię znam. Przynajmniej trochę. Lepsze znane zło od nieznanego - podsumowałem, po czym postanowiłem zmienić temat. Odbić piłeczkę. Zapomnieć o tej zgubnej chwili na pomoście, ulotnej chwili, która minęła bezpowrotnie. Nie powróci.
Przełknąłem ślinę i ponownie zmierzyłem wzrokiem jej wargi. Wskazałem nań palcem.
- Zgłoś to. Jeśli nie chcesz posłuchać dupka, to posłuchaj przyjaciela - wyrzuciłem to z siebie. Nie spodziewałem się, że wyjdzie to słowo w stosunku do mojej relacji z Paxton tak lekko, tak nieproblematycznie. Stłumiłem w sobie szok i nawet wykrzesałem z siebie uśmiech. Szczery. Nie udawałem. Może byłem już za stary na wieczne przekomarzanki, a może po prostu uznałem, że to stało się dla mnie ważnym, aby mój prywatny alchemista był bezpieczny.
I dyskomfortu. Dwa razy w ciągu dnia być tak blisko Aveliny było posunięciem podwójnie niebezpiecznym. Co prawda nie pachniała różami, do których miałem słabość, ale pachniała równie mdło jak one. Gdybym miał strzelać, postawiłbym na lawendę. Może wirtuozem ziół nie byłem, ale swoje wiedziałem o świecie oraz o przyrodzie. Nawet wciągnąłem nosem powietrze, robiąc nieco głębszy wdech. Nieświadomie na moment przymrużyłem oczy w skupieniu, ale potwierdziłem swoją tezę.
- Nie - skwitowałem krótko jej szanse na bycie szpiegiem. - Gdybym miał cię zaklasyfikować, to raczej jako antyszpiega, o ile byłby podobny zawód - podsumowałem zgodnie z prawdą, którą wyznawałem. Może Avelina była cicha, niewiele mówiła, ale była raczej niezdarna i nie wykazywała się gracją. Myślę, że szybko by się zdradziła jako szpieg, ale... cicha woda brzegi rwała, czyż nie? I nie mogłem zapominać o kociołku pełnym jadu, wrzącego jadu.
Najbardziej nurtujące było to, że nie miałem pojęcia, co tak naprawdę o mnie myślała, kiedy tak na mnie patrzyła. Niby delikatna, miła i mdła, ale nie zdradzała swoim wyrazem twarzy, co tam się za nią kryło. Nurtowało mnie to i przyciągało. Kiedy rzuciła propozycją byśmy się schowali, miałem ochotę objąć ją ramieniem w pasie i zablokować przed jakimkolwiek uciekaniem mi z tego miejsca, bo... Podobało mi się to? Ta intymność między nami? Nie, raczej nie. Po prostu preferowałem ją peszyć. Gubiło ją stanie na przeciwko mnie, tak blisko - to akurat byłem w stanie wyczytać z jej twarzy i mnie bawiło.
- Chodźmy - mruknąłem i skierowałem się wraz z nią do altany. Tam magia prysła. Pojawiła się ponownie służbistość. Tak było lepiej. Bezpieczniej.
- Preferuję zmianę miejsc. Dla... komfortu - odparłem, dając jej tym samym przypomnienie o prośbie, którą jej wyznałem. Pragnąłem być bezpieczny. - Dostosuję się do ciebie, ale wybieraj miejsca i pory spotkań rozsądnie.
Nie chcieliśmy afery, ani ona, ani ja. Ja szczególnie. Przymknąłem na chwilę oczy, wsłuchując się w szum - niekiedy bywał relaksujący, niekiedy wkurwiał. Zależało od stanu duszy. W tej chwili dziwnie relaksował, wyciszał. Otworzyłem oczy i spojrzałem na Avelinę.
- Ponoć jesteś najlepsza - zaśmiałem się z nutką drwiny by przypadkiem nie przywykła do komplementów z mojej strony. - Poza tym cię znam. Przynajmniej trochę. Lepsze znane zło od nieznanego - podsumowałem, po czym postanowiłem zmienić temat. Odbić piłeczkę. Zapomnieć o tej zgubnej chwili na pomoście, ulotnej chwili, która minęła bezpowrotnie. Nie powróci.
Przełknąłem ślinę i ponownie zmierzyłem wzrokiem jej wargi. Wskazałem nań palcem.
- Zgłoś to. Jeśli nie chcesz posłuchać dupka, to posłuchaj przyjaciela - wyrzuciłem to z siebie. Nie spodziewałem się, że wyjdzie to słowo w stosunku do mojej relacji z Paxton tak lekko, tak nieproblematycznie. Stłumiłem w sobie szok i nawet wykrzesałem z siebie uśmiech. Szczery. Nie udawałem. Może byłem już za stary na wieczne przekomarzanki, a może po prostu uznałem, że to stało się dla mnie ważnym, aby mój prywatny alchemista był bezpieczny.