02.07.2023, 23:43 ✶
- Wiesz, tu z pewnością jest ktoś, kto potrzebuje naszej pomocy – mówiła dalej, skupiona głównie na sobie i na tym, co miała do powiedzenia, a nie na tym, że wraz z kolejnymi krokami, robiło się w Kniei Godryka coraz ciemniej i coraz mniej przyjemnie.
Daisy podniosła głowę do góry, żeby popatrzeć na korony drzew i na ukrywające się za nimi niebo. Przez chwilę pożałowała, że tu przyszła. Bohaterskość była super, kiedy już w swojej wyobraźni uratowała księżniczkę (albo księcia, a dzisiaj po głowie chodził jej nawet książę Martin o smutnym obliczu, ale dobrym sercu i takich ładnych oczach), ale zanim dochodziło się do tego momentu „i żyli długo i szczęśliwie” to była mocno przereklamowana.
Młoda dziennikarka otworzyła nawet usta, żeby powiedzieć o tym Darcy’emu, gdy nagle zamarła. Przystanęła odruchowo, rozglądając się – tym razem już nie na korony drzew a dookoła, jakby nagle coś wzbudziło jej niepokój. Złapała brata za rękę.
- Szybko – wymamrotała, ciągnąc go w bok, między drzewa. – Coś nadciąga.
I to by było na tyle, jeśli chodziło o bohaterskość. Daisy może i miała sporo ambicji i dobrych intencji, ale usłyszała tętent? To wolała uciekać. Bo tętent to wiele zwierząt. A z wieloma zwierzętami to nie za bardzo mieli jak walczyć, więc…
- Szybciej – ponagliła Darcy'ego, ciągnąc ku najbliższemu dużemu drzewu, za którego pniem mogliby się obydwoje skryć. Odruchowo sięgnęła po aparat. Ach, była głupią wariatką. Wiedziała, że była głupią wariatką, ale musiała spróbować zrobić temu czemuś zdjęcie. Może tylko bez lampy błyskowej? A potem będzie próbowała jakoś to wywołać?
Wyjrzała zza drzewa, gdy dziwaczne, jeleniowate istoty przebiegły w miejscu, w którym znajdowali się zaledwie przed minutą. Pstryknęła za nimi kilka szybkich, pewnie nieudanych (bo w ruchu i bez lampy błyskowej) zdjęć.
- No to chyba mamy coś – rzuciła do brata, robiąc w tym momencie najlepszą możliwą minę do złej gry. – Ale ten, chyba nie mam ochoty spotkać się z tym czymś przed czym uciekały.
Daisy podniosła głowę do góry, żeby popatrzeć na korony drzew i na ukrywające się za nimi niebo. Przez chwilę pożałowała, że tu przyszła. Bohaterskość była super, kiedy już w swojej wyobraźni uratowała księżniczkę (albo księcia, a dzisiaj po głowie chodził jej nawet książę Martin o smutnym obliczu, ale dobrym sercu i takich ładnych oczach), ale zanim dochodziło się do tego momentu „i żyli długo i szczęśliwie” to była mocno przereklamowana.
Młoda dziennikarka otworzyła nawet usta, żeby powiedzieć o tym Darcy’emu, gdy nagle zamarła. Przystanęła odruchowo, rozglądając się – tym razem już nie na korony drzew a dookoła, jakby nagle coś wzbudziło jej niepokój. Złapała brata za rękę.
- Szybko – wymamrotała, ciągnąc go w bok, między drzewa. – Coś nadciąga.
I to by było na tyle, jeśli chodziło o bohaterskość. Daisy może i miała sporo ambicji i dobrych intencji, ale usłyszała tętent? To wolała uciekać. Bo tętent to wiele zwierząt. A z wieloma zwierzętami to nie za bardzo mieli jak walczyć, więc…
- Szybciej – ponagliła Darcy'ego, ciągnąc ku najbliższemu dużemu drzewu, za którego pniem mogliby się obydwoje skryć. Odruchowo sięgnęła po aparat. Ach, była głupią wariatką. Wiedziała, że była głupią wariatką, ale musiała spróbować zrobić temu czemuś zdjęcie. Może tylko bez lampy błyskowej? A potem będzie próbowała jakoś to wywołać?
Wyjrzała zza drzewa, gdy dziwaczne, jeleniowate istoty przebiegły w miejscu, w którym znajdowali się zaledwie przed minutą. Pstryknęła za nimi kilka szybkich, pewnie nieudanych (bo w ruchu i bez lampy błyskowej) zdjęć.
- No to chyba mamy coś – rzuciła do brata, robiąc w tym momencie najlepszą możliwą minę do złej gry. – Ale ten, chyba nie mam ochoty spotkać się z tym czymś przed czym uciekały.