Ścisnął ją mocniej za rękę. Dzięki ci Morgano, powtórzył w myślach.
— Bardzo zabawne — burknął w odpowiedzi, składając ręce na piersi. Po chwili jednak poddał się i pocałował lekko dziewczynę w czoło. Z bliska jej rany wcale nie wyglądały lepiej. — Niestety, przez dłuższy czas będziesz skazana na mnie i moją wiarę.
Nie miał zamiaru jej puścić w las, czy nawet do punktu transportowego, gdzie zorganizowali się wolontariusze. Będzie tutaj siedziała, dopóki nie odzyska sił. Potem postara się o to, aby dostała najlepszą salę w Mungu i dopiero po całym liście badań będzie mogła w ogóle gdziekolwiek się ruszyć. Teraz po prostu cieszył się z tego, że się obudziła. Na całą resztę przyjdzie jeszcze czas.
— Ciebie też. — Uśmiechnął się, czerwieniąc się z lekka. — Nie pomyślałem, że tutaj może się odwalić coś tak... wielkiego. — Odszedł na moment od łóżka, aby po chwili przyniósł Rudej dzbanek z wodą, szklankę i miksturę w brązowym flakoniku. — Lepiej się napij, zanim to weźmiesz. Będzie gorzkie i będzie cuchnąć.
Magia potrafiła zdziałać wiele, ale warunki nie były idealne. Uzdrowiciele pracowali z tym, co mieli pod ręką lub tym, co przynieśli do namiotów wolontariusze. Nie było co liczyć na magiczną zmianę właściwości niektórych specyfików, tylko po to, żeby zadowolić czyjeś kubki smakowe. Lupin zbliżył szklankę do Rudej.
— Próbowałem uciec, tak jak mówiłaś. Do Doliny i dalej, ale zerwał się ten wiatr i mnie ekhm trochę zniosło z kursu — wbił wzrok w przestrzeń ze zbolałym wyrazem twarzy. — Chyba...
Chyba współuczestniczyłem w zabójstwie, dokończył w myślach, jednak szybko pokręcił głową. Te kilka godzin snu i szybkie przejście na dyżur pod czujnym okiem Florence dawało mu się we znaki. Wydarzenia ostatniej nocy powoli układały mu się w głowie, a słowa Nory dalej krążyły mu po głowie. Jej wyrzuty sumienia, które próbował je wybić z głowy. Wziął głęboki oddech. Przecież nie byli winni. Nie bardziej niż ta wiedźma, która to wszystko zaczęła. Nie byli winni. Nie mogli być. Westchnął cicho, starając się uśmiechnąć.
— Chyba... Nie wiem, co z Moody — powiadomił ją na początek, nie wiedząc na dobrą sprawę, do kogo się dziewczyna odnosi. Bądź co bądź, nie był zbytnio zapoznany z tym, kto znajdował się na samym szczycie drabiny zawodowej departamentu. — Brenna żyje, dalej szuka tych, których eee wywiało. — Skrzywił się na to wyrażenie. — Mówiła, że z Ch... Julkiem też jest w porządku. Żyje.